Na przykład wczoraj spotkała się grupa robocza ds. finansów. Rozmawiała o tym, na jakie projekty znajdą się budżetowe pieniądze, a na jakie nie. Negocjacje prowadzą starzy partyjni wyjadacze. Chadeków reprezentuje minister finansów Wolfgang Schaeuble, socjaldemokratów – były minister pracy i spraw socjalnych, a obecnie nadburmistrz Hamburga Olaf Scholz. Podobnie będzie w 11 pozostałych grupach roboczych. Zakres tematyczny bardzo przypomina podział na ministerstwa. Jest też kilka podgrup poświęconych sprawom specjalnym. Tak jest choćby w kwestii przyszłości euro oraz nowych regulacji systemu bankowego. We wszystkich stolikach negocjuje 75 najważniejszych niemieckich polityków. 45 z CDU/CSU oraz 30 z SPD. Na czas negocjacji zamiera więc życie polityczne na wszystkich szczeblach. Od landów po Europę.

Reklama

Problemy nierozwiązane będą musiały się utrzeć w tzw. wąskiej rundzie. Czyli 15-osobowym prezydium tej negocjacyjnej zabawy. Siedzi w nim partyjna wierchuszka obu partii. Jeśli i tu rozbieżności będą zbyt duże, ostateczne decyzje podejmie trzyosobowy szczyt. Czyli Merkel plus szef SPD Sigmar Gabriel oraz przewodniczący CSU Horst Seehofer. Efektem negocjacji będzie gruba na kilkaset stron książka. Układ koalicyjny, w którym w sposób drobiazgowy zapisane zostaną szczegóły pomysłu na Niemcy w latach 2013–2017. To stara niemiecka praktyka.

Ale nawet jeśli na początku grudnia umowa CDU/CSU i SPD będzie gotowa, to wcale nie znaczy, że rząd powstanie natychmiast. Bo znany z oryginalnych pomysłów szef socjaldemokratów Gabriel tym razem podrasował dynamikę koalicyjnych rokowań. Teraz aby umowa była ważna, musi zostać zatwierdzona przez ogólnopartyjne referendum. Oznacza to, że „tak” lub „nie” wielkiej koalicji będzie mógł (listownie) powiedzieć każdy z 450 tys. posiadaczy legitymacji SPD. Posunięcie Gabriela jest sprytne. Szef „czerwonych” chce współrządzić krajem, ale wie, że koalicja z Merkel nie podoba się sporej części SPD-owskiej bazy. Zamiast narażać się na zarzut oddalenia od partyjnych dołów, przerzuca decyzję na ich barki.

Ten scenariusz wiąże się oczywiście z ryzykiem. Bo co jeśli towarzysze powiedzą „nie”? Największy kraj UE będzie miał problem. Albo powstaje rząd mniejszościowy. Albo Merkel zdecyduje się na nowe wybory. Wówczas wyłonienie gabinetu przesuwa się do wiosny. Gabrielowskie novum działa jednak w obie strony. Dyscyplinuje członków SPD. Bo oni wiedzą, że ewentualne fiasko koalicji idzie na ich konto. A wyborcom pewnie nie spodoba się to, że najstarsza niemiecka partia dała reszcie Europy pretekst, by szydzić z niedojrzałości berlińskiej klasy politycznej.

I tak się to właśnie robi w Niemczech.