Planowana na dziś wizyta rosyjskiego prezydenta w Budapeszcie i powołana niedawno inicjatywa sławkowska zmieniają sojusze w Europie Środkowej. Grupę Wyszehradzką (V4) zastępuje porozumienie Czech, Słowacji i Austrii oraz duet Orbátin, budowany przez Viktora Orbána i Władimira Putina. Nowe sojusze są przeciwne dalszym sankcjom wobec Rosji. Promują również projekty energetyczne, które niekoniecznie są zgodne z polskimi interesami. Zarówno państwa tworzące inicjatywę sławkowską, jak i duet Orbán-Putin ciepło odnoszą się do reanimacji projektu South Stream w ramach Turkey Stream.
Sojusz Moskwa-Budapeszt zostanie potwierdzony dzisiejszą wizytą Putina w węgierskiej stolicy. Mimo nieformalnego bojkotu, jakim po zajęciu Krymu został objęty rosyjski prezydent, Orbán przywita go ze wszystkimi honorami. Od marca 2014 r. Putin gościł w Europie tylko dwa razy – podczas obchodów 70. rocznicy lądowania w Normandii oraz w ramach wizyty w Austrii w czerwcu 2014 r. Jego wizyta w Budapeszcie zbiegnie się z 70. rocznicą wkroczenia do miasta wojsk sowieckich. Krytycy Orbána przypominają, że zdobycie Festung Budapest 13 lutego 1945 r. kosztowało życie ponad 40 tys. cywili (były to również ofiary dwudniowego rabunku miasta, na który pozwolił dowodzący oblężeniem marszałek Rodion Malinowski) i zapoczątkowało węgierski komunizm.
Dziennik Gazeta Prawna
Podczas spotkania – jak powiedział w wywiadzie dla tygodnika "Figyelő" szef węgierskiej dyplomacji Péter Szijjártó – omawiane będą dostawy rosyjskiego gazu na Węgry (w tym roku wygasa kontrakt z Gazpromem). Według doniesień mediów znajdujące się na terenie kraju zbiorniki na surowiec mają częściowo zastąpić podobną infrastrukturę, która istnieje na Ukrainie. Napełnienie ich pozwoli Rosjanom zmniejszyć znaczenie Ukrainy jako państwa tranzytowego – w praktyce umożliwi zakręcanie jej kurka bez konsekwencji.
Reklama
Surowiec ze zbiorników na Węgrzech popłynie na południe Europy niezależnie od gazowych wojen z Kijowem, a Gazprom nie straci na wiarygodności jako dostawca. Węgry mają siódme pod względem wielkości w Europie podziemne magazyny gazu (PMG) o objętości 6 mld m sześc. Na Ukrainie jest 13 PMG o łącznej pojemności prawie 35 mld m sześc. Jak twierdzi węgierska opozycyjna partia Razem 2014, której liderem jest były premier Gordon Bajnai, przejęcie kontroli nad częścią węgierskich PMG wynika z innego układu energetycznego – wartego 10 mld euro kredytu, którego Rosjanie udzielają Węgrom na rozbudowę elektrowni atomowej w Paks.
To nie koniec węgiersko-rosyjskiej wspólnoty interesów. Od początku obowiązywania rosyjskiego embarga na towary z UE eksport węgierski do tego kraju spadł o 13 proc. Dla Budapesztu Rosja to trzeci partner handlowy. W naturalny sposób rząd Orbána jest więc przeciwny dalszym sankcjom. Z kolei Moskwa naciska na Orbána w kwestii poparcia dla omijającego Ukrainę gazociągu Turkey Stream. Rosjanie chcą, by był to projekt unijny, czyli by budowę jego lądowej części na terenie UE sfinansowała częściowo Bruksela.
Perspektywiczna z punktu widzenia Kremla jest również inicjatywa sławkowska. 29 stycznia doszło do spotkania trzech szefów rządów – premierów Czech Bohuslava Sobotki i Słowacji Roberta Fico oraz kanclerza Austrii Wernera Faymanna. W Sławkowie (dawniej Austerlitz) podpisano czteropunktową deklarację, która mówi m.in. o ściślejszej współpracy państw w polityce europejskiej i corocznych, regularnych spotkaniach szefów rządów. Jednym z postanowień jest koordynowanie stanowisk trzech państw przed szczytami unijnymi. Do tej pory zajmowała się tym promowana przez Polskę Grupa Wyszehradzka, składająca się z Polski, Czech, Słowacji i Węgier.
Wszystkie trzy państwa budujące inicjatywę sławkowską mają podobne stanowisko w sprawie sankcji wobec Rosji – są przeciwne ich kolejnym falom. Jak podaje bratysławski ośrodek analityczny Central European Policy Institute (CEPI), w harmonogramie pracy grupy ze Sławkowa, który opublikowano na stronie czeskiego MSZ, nie ma ani jednej wzmianki o jej relacjach z Grupą Wyszehradzką. CEPI pisze, że to efekt nacisków Austrii, najbardziej rusofilskiego państwa z całej grupy.
Z kolei jak przekonuje warszawski Ośrodek Studiów Wschodnich, to właśnie Wiedeń jest głównym beneficjentem inicjatywy. „Traci na tym Grupa Wyszehradzka, która dzięki wypracowanym przez lata mechanizmom współpracy wyrobiła sobie markę reprezentanta interesów Europy Środkowej”. Analitycy obu ośrodków w swoich konkluzjach zaznaczają jednak, że na razie więcej jest pytań niż odpowiedzi na temat tego, jak powołanie nowej inicjatywy wpłynie na przyszłość V4.
Losy rozejmu rozstrzygają się w Debalcewem
Sytuacja wokół Debalcewego stanowi najpoważniejsze zagrożenie dla uzgodnionego w nocy ze środy na czwartek zawieszenia broni w Zagłębiu Donieckim. Jak wczoraj rano ogłosiła Rada Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy (RNBO), w ciągu pierwszej doby obowiązywania rozejmu separatyści mieli go naruszyć 112 razy, z czego 88 razy właśnie w pobliżu Debalcewego. Walki o mniejszym natężeniu toczyły się wczoraj także na południowym odcinku frontu.
„Według informacji operacyjnej bandyci otrzymali od swoich rosyjskich »kuratorów« nakaz wzięcia Debalcewego za wszelką cenę i sprowokowania naszych wojskowych. Bojownicy nie wpuścili przy tym do Debalcewego przedstawicieli misji OBWE, co jest znaczącym naruszeniem porozumień mińskich” – czytamy w oświadczeniu RNBO, sygnowanym nazwiskiem jej rzecznika Andrija Łysenki. Lider Donieckiej Republiki Ludowej przyznał z kolei, że nie zamierza zaprzestać ataków na ten ważny węzeł komunikacyjny. – Wstrzymaliśmy ogień na całym terenie DRL poza Debalcewem, czyli naszymi wewnętrznymi rejonami. Wydałem rozkaz blokowania wszelkich prób wyrwania się z kotła – oświadczył Ołeksandr Zacharczenko.
Separatyści twierdzą bowiem, że ukraińscy wojskowi broniący Debalcewego – a jest ich według różnych danych od 2 tys. do 5 tys. – zostali przez nich skutecznie okrążeni. Samozwańcze władze w Doniecku deklarują, że są gotowe wypuścić Ukraińców, o ile zostawią na miejscu broń i sprzęt wojskowy. – Nasze stanowisko jest jednoznaczne. Nasi chłopcy zajęli pozycje i stoją tam, gdzie stali. Tych, którzy ich atakują, witamy artylerią. Na natarcia bojowników jest odpowiednia reakcja – zapewniał rzecznik sztabu generalnego Władysław Sełezniow.
Gdyby teza o okrążeniu się potwierdziła, siłom rządowym groziłby los ich kolegów spod Iłowajska, gdy żołnierzom zamkniętym w kotle obiecano bezpieczny odwrót, po czym Rosjanie dokonali masakry od kilkuset do ponad tysiąca z nich. Kijów twierdzi oficjalnie, że o żadnym okrążeniu Debalcewego nie może być na razie mowy. Tym razem prawda leży zapewne pośrodku. Siły DRL doszły do trasy M03, najważniejszego szlaku zaopatrzenia Debalcewego, czasowo zajmując leżące po drodze Łohwynowe. Ale efektywnej kontroli nad całą długością trasy nie sprawuje żadna ze stron.
O łamanie zawieszenia broni oskarżają się zresztą obie strony. Niezależnie od słów Zacharczenki o jego zamierzonym i celowym nieprzestrzeganiu na odcinku debalcewskim. „Nazistowskie bataliony terytorialne biją z artylerii. W minionej dobie okrążone oddziały karne podjęły kilka prób wyrwania się z kotła debalcewskiego. Wszystkie zostały odparte” – pisze – stosując charakterystyczną retorykę rosyjskiej propagandy – agencja Novorus.info, powołując się na dane poddebalcewskiego „pospolitego ruszenia”, jak oficjalnie nazywane są oddziały separatystów.
Na razie nie jest jasne, czy obie strony porozumień mińskich będą interpretować wydarzenia wokół Debalcewego jako ostateczne zerwanie rozejmu, czy raczej jako problem lokalny. Ukraińcy oświadczyli, że zanim przystąpią do wycofywania sprzętu, ogień musi zostać wstrzymany. O ostatecznej interpretacji będą jednak świadczyć fakty. Zgodnie z zawartym w Mińsku porozumieniem dzisiaj powinno się zacząć wycofywanie ciężkiego sprzętu z okolic linii rozdzielającej pozycje obu stron. W zależności od rodzaju broni strefa zdemilitaryzowana ma mieć od 50 do 140 km szerokości.
„Niestety, nasze prognozy się sprawdziły. Rosja nie ma woli ani intencji przestrzegania układu. Przyszedł czas na zwiększenie presji, sankcji, izolacji” – napisał minister spraw zagranicznych Litwy Linas Linkevičius. Dodatkowe sankcje weszły zresztą wczoraj w życie, choć ich wprowadzenie nie ma nic wspólnego z Mińskiem, ale ze styczniowym ostrzałem Mariupola. Unia Europejska wprowadziła zakaz wjazdu m.in. dla dwóch rosyjskich wiceministrów obrony oraz kilku separatystycznych watażków, np. Arsienija Pawłowa ps. Motoroła i Mychajła Tołstycha ps. Giwi. Wejście w życie sankcji zostało przesunięte o tydzień na prośbę Ukrainy, która liczyła na sukces rozmów w Mińsku.