Ze wszystkich państw, których rosyjsko-niemiecka inwestycja dotyka Szwecja pierwsza dostała wniosek. Co ciekawe, zaproponowano w nim nową trasę prowadzącą na północ od duńskiej wyspy Bornholm. Wytyczono ją tak, by ominąć podwodne składowiska broni chemicznej i amunicji z czasów wojny.

W sobotnim wydaniu dziennik "Svenska Dagbladet" cytuje dyrektora technicznego Nord Stream Dirka von Ameln: "Przebadaliśmy dokładnie, przy pomocy pojazdów podwodnych, każdy metr trasy, nie znajdując na niej żadnej amunicji". Mimo to Nord Stream zapowiada we wniosku, że wkrótce zaprezentuje metodę usuwania takich groźnych znalezisk. Sposób ten ma być przyjazny dla środowiska i bezpieczny dla ludzi.

Nowa koncepcja trasy jest bliższa szwedzkim i duńskim oczekiwaniom. Stara się omijać jak najdalej obszary podlegające ochronie z powodów ekologicznych. Rosyjsko-niemiecka spółka deklaruje też, że nie będzie budować 30-metrowej stałej platformy serwisowej w pobliżu brzegów wyspy Gotlandia. Budziło to szwedzkie protesty.

W oficjalnych wypowiedziach przedstawiciele Nord Stream oraz Gazpromu mówią, że pierwsze rury położone zostaną na dnie Bałtyku już w 2009 roku. Gazociąg natomiast zacznie pracować w 2011.

Ale tego optymizmu nie podzielają szwdzkie media. Twierdzą, że badanie wniosku dotyczącego pozwolenia na tak wielką budowę może trwać do dwóch lat. Procedura ta w połączeniu z koniecznymi międzynarodowymi ustaleniami może więc poważnie opóźnić budowę. Przeciwko bydowie protestują Polska, Litwa, Łotwa i Estonia.