Ani premier Tusk, ani prezydent Kaczyński nie wybierają się do Pekinu na ceremonię otwarcia igrzysk olimpijskich. Polskim liderom nie podoba się łamanie praw człowieka przez Chińczyków. Ale prezydent Bush sądzi, że trzeba o tym porozmawiać na miejscu. I przy okazji obejrzeć igrzyska.
Biały Dom stara się całą sprawę rozegrać bardzo delikatnie. Z jednej strony nie chce pokazać, że to jednoznaczny wyraz poparcia dla Chin. Z drugiej - nie chce Pekinu zbyt ostro krytykować. Wyjazd Busha jest więc pokazany jako przede wszystkim wyprawa kibica, a nie prezydenta najpotężniejszego kraju na świecie.
"Prezydent uważa, że pojedzie do Chin przede wszystkim po to, aby wspierać naszych sportowców" - powiedziała rzeczniczka Białego Domu Dana Perino.
Ale Waszyngton podkreśla, że poza kibicowaniem czekają go jeszcze poważne rozmowy. Bush ma porozmawiać o prawach człowieka i swobód religijnych z prezydentem Chin Hu Jintao. Oprócz Chin odwiedzi także Koreę Południową i Tajlandię.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl