Największą bolączką wojsk agresora jest brak możliwości szybkiego odtworzenia jednostek pancernych, przetrzebionych w ciągu kilku ostatnich miesięcy wojny. Wskazują na to ostatnie szacunki zachodnich ośrodków analitycznych, m.in. brytyjskiego Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych (IISS), według których Rosja straciła już około połowy czołgów posiadanych przed inwazją na Ukrainę - przypomniał ISW.

Reklama

"Przełomowe ofensywy" nieosiągalne?

W ocenie think tanku tak potężne straty właściwie uniemożliwiają najeźdźcom dokonanie "przełomowych pod względem operacyjnym" ofensyw w Donbasie. Dlatego, jak prognozuje ośrodek z Waszyngtonu, rosyjskie natarcie na Ługańszczyźnie prawdopodobnie będzie jeszcze przez pewien czas trwało i może chwilowo nabrać tempa w miarę angażowania ostatnich dostępnych rezerw, ale najpewniej zakończy się bez osiągnięcia celów zakładanych przez Kreml.

Stanie się tak pomimo zauważalnego uporządkowania formacji bojowych przez Rosjan. Armia agresora powróciła do tradycyjnej struktury dowodzenia, powierzając operacje w obwodzie ługańskim siłom Zachodniego Okręgu Wojskowego, właściwego dla tego odcinka frontu pod względem geograficznym. Znacząco ograniczono też zaangażowanie różnego rodzaju nieregularnych oddziałów, takich jak najemnicy z Grupy Wagnera czy milicje z samozwańczych Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej. Te pozytywne, z punktu widzenia Kremla, zmiany nie są jednak w stanie przesądzić o powodzeniu inwazji ze względu na ograniczenia pod względem liczby odpowiednio wyszkolonych żołnierzy i ciężkiego uzbrojenia - podkreślono w raporcie ISW.

Zdecydowana większość obwodu ługańskiego, poza wąskim pasem terenu na zachodzie tego regionu, znajduje się obecnie pod rosyjską okupacją. Południowo-wschodnia część Ługańszczyzny wraz ze stolicą obwodu Ługańskiem, znana jako samozwańcza Ługańska Republika Ludowa, pozostaje pod kontrolą Moskwy od 2014 roku.