Dziennik Gazeta Prawana logo

Rząd bierze się za internet

18 stycznia 2010, 17:45
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Przy okazji delegalizacji e-hazardu rząd chce znowu przepchnąć projekt wprowadzający Rejestr Stron i Usług Niedozwolonych, czyli blokadę stron internetowych zawierających nielegalne treści. Eksperci są pewni: to metoda na coraz większe ograniczanie wolności słowa w sieci.

To już trzecie podejście do uchwalenia prawa wprowadzającego blokadę stron uznanych za szkodliwe. "Rząd przy okazji delegalizacji e-hazardu, powraca do praktyk sprzed '89 roku. Z jedną jedyną różnicą: wtedy nie było jeszcze internetu" - mówi Marcin Cieślak, prezes Internet Society Poland, międzynarodowej organizacji zajmującej się wspieraniem rozwoju globalnej sieci. "Choć nowa wersja ustawy wprowadzającej czarną listę stron internetowych jest z lekka poprawiona, jak choćby w tym, że to sąd ma decydować, która strona podlega blokadzie, to jednak meritum się nie zmieniło: internet ma być kontrolowany i blokowany" - ostrzega Cieślak.

Wtóruje mu dyrektor generalny Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB: "Choć z projektu ustawy wypadły strony o treściach faszystowskich, nie ma pewności, że za jakiś czas nie pojawią się pomysły z rozszerzaniem katalogu stron. Niestety w imię walki z e-hazardem rząd przygotował niebezpieczny wyłom w wolności słowa" - uważa Jarosław Sobolewski.

Eksperci zwracają również uwagę, że państwa, które wprowadziły podobne rozwiązania, mają dziś problemy z ich egzekwowaniem. "Prezydent Niemiec kilka tygodni temu odmówił podpisania prawa obligującego wszystkich dostawców internetu do przekierowywania internauty na stronę zawierającą czerwony znak STOPP, gdy tylko spróbuje wpisać w przeglądarce jeden z uznanych za nielegalne adresów WWW" - opowiada Marcin Cieślak. I dodaje, że z kolei w Finlandii do rejestru trafiły nie tylko strony zakazane, ale także te, które miały jedynie linki do stron zakazanych.

Najwięcej zamieszania narobiła jednak australijska czarna listą stron internetowych prowadzona przez tamtejszy Urząd ds. Komunikacji i Mediów.

W ubiegłym roku trafił na nią portal Wikileaks.org publikujący informacje, które wyciekają z różnych agencji i biur. Za co? Bo ujawnił dokument zawierający duńską listę zakazanych stron internetowych. "Polska ustawa jest tak niedopracowana, że podobne problemy mogą być niestety i naszą codziennością" - uważa Olgierd Rudak specjalizujący się w prawie internetowym.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj