RegioJet wprowadził pasażerów w błąd. Przewoźnik umieścił w grudniowym rozkładzie jazdy 23 połączenia, których fizycznie nie zrealizował. Problem dotknął najważniejsze trasy w kraju:
- Warszawa – Kraków (7 odwołanych kursów),
- Poznań – Warszawa (12 odwołanych kursów),
- Gdynia – Kraków (4 odwołane kursy).
Pociągi miały zatrzymywać się na 12 stacjach, w tym w Berlinie i Frankfurcie nad Odrą. Pasażerowie kupili bilety na połączenia, które istniały tylko na papierze.
Pasażerowie zostali na peronie
Skala problemu wyszła na jaw dzięki licznym skargom, które wpłynęły do Prezesa UTK. Podróżni opisali w nich prawdziwy chaos. Ludzie tracili pieniądze i czas. Główne zarzuty to ogromne trudności z anulowaniem biletów, problemy z odzyskaniem pieniędzy za niewykonany przejazd, konieczność zakupu nowych, droższych biletów u konkurencji w ostatniej chwili. UTK podkreśla, że przewoźnik, który ogłasza rozkład i sprzedaje bilety, zawiera z pasażerem wiążącą umowę. Nie może jej zerwać tylko dlatego, że ma "problemy organizacyjne".
RegioJet próbował tłumaczyć się trudnościami logistycznymi. Prezes UTK stanowczo jednak odrzucił te argumenty. Jako profesjonalny uczestnik rynku, przewoźnik musi być przygotowany na każdą sytuację. Urząd uznał, że poinformowanie o odwołaniu kursu i późniejszy zwrot pieniędzy to za mało. Firma nie wywiązała się z ustawowego obowiązku przewozu osób. Prawo chroni pasażerów przed takimi praktykami, a "trudności organizacyjne" nie zdejmują z przewoźnika odpowiedzialności.
Wielomilionowa kara na horyzoncie
Co teraz czeka czeską spółkę? Decyzja UTK o naruszeniu praw pasażerów nie jest jeszcze prawomocna, ale otwiera drogę do dotkliwej kary. Prezes Urzędu może nałożyć na RegioJet grzywnę w wysokości do 2 proc. rocznego przychodu przedsiębiorstwa.
RegioJet ma 14 dni na wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy lub 30 dni na złożenie skargi do sądu administracyjnego. Warto przypomnieć, że UTK dyscyplinował już w ten sposób największych graczy na rynku, takich jak PKP Intercity, Polregio czy Koleje Mazowieckie.