W kilka dni chcą zidentyfikować taką ogromną rzeszę internautów? Nie mają pojęcia, jaka to skomplikowana i żmudna praca.
Teoretycznie wydaje się to proste. Wielu laików wyobraża sobie, że wystarczy zdobyć adres IP, czyli numer komputera podłączonego do internetu nadawany mu przez operatora sieci, i już
złapało się sprawcę za rękę. Tyle że IP nie jest stałe. To tymczasowy numer nadawany w momencie połączenia z internetem. Dane o tym IP ma operator, który wprawdzie jest zobowiązany podać
je na żądanie policji czy prokuratury, ale nie ma obowiązku zrobić tego w konkretnym czasie. Zazwyczaj zajmuje mu to 2, 3 tygodnie. Dodatkowym problemem jest to, że testy zostały upublicznione
na serwerze amerykańskim, więc listę adresów IP trzeba będzie dostać od Amerykanów, a oni są bardzo niechętni do współpracy w takich dziedzinach. Nic dziwnego - chcą chronić własnych
obywateli.
Dużo dłużej. Zamiana adresów IP na fizyczne adresy to dopiero początek pracy. Bardzo często IP przynależy nie do jednej maszyny, tylko do np. sieci osiedlowej czy szkolnej. Wtedy trzeba dalej
lokalizować konkretną osobę, która w tym czasie korzystała z komputera. A potem jeszcze jej udowodnić, że to ona, a nie jakiś jej gość, rodzina czy kolega, ściągnęła pliki i
rzeczywiście z nich skorzystała. Cała ta procedura może zająć nawet pół roku.
Ze ściganiem takich przestępstw jest jak ze ściganiem kierowców, którzy popełnili jakieś przestępstwo. Samo odnalezienie samochodu po tablicy rejestracyjnej nie wystarczy. Trzeba jeszcze
zidentyfikować kierowcę i udowodnić mu winę. Bardzo często to się nie udaje.
p
*Przemysław Krejza, specjalista informatyki śledczej i twórca największych w Polsce laboratoriów informatyki śledczej i odzyskiwania danych