Nagle siła eksplozji wbiła policjanta w ścianę. Jeszcze o własnych siłach wydostał się spod ostrzału. Potem koledzy odciągnęli go za stojący obok samochód. Nie miał szczęścia... Po chwili dosięgnął go tam odłamek granatu, rzuconego przez bandytów z piętra budynku.

Na miejscu nie było pogotowia. Dojazd karetki z Ursynowa i pobliskiego Piaseczna zajął kilkanaście minut. Za długo, żeby uratować życie policjanta. Po prostu wykrwawił się.

W tym czasie bandyci detonowali z wnętrza budynku kolejne miny rozmieszczone przed wejściem do domu. Część z nich odpalali drogą elektroniczną. Pomimo że policjanci zasypali ich gradem kul, bandytom udało się wydostać z parteru na górne piętra willi. Stamtąd mieli jeszcze lepsze pole rażenia. Zaczęła się jatka - policjanci w czarnych uniformach na tle białego śniegu widoczni byli jak tarcze strzelnicze.

Po dwóch godzinach bezładnej strzelaniny policjantom udało się wrzucić do budynku granat magnezowy. Jego eksplozja zapaliła budynek. Jęzory ognia powoli wypełzały przez dach. Ale bandyci walczyli dalej.

Nie dało się podejść bliżej, na nic zdawały się kolejne próby ataku. Bandyci wiedzieli, że nie mają szans na ucieczkę, ale także zdawali sobie sprawę, że tego starcia nie przeżyją. Zaślepieni nienawiścią pragnęli tylko jednego, zabić jak najwięcej gliniarzy. Walczyli do ostatniego pocisku. Zginęli w środku budynku.

W akcji w Magdalence brało udział 28 antyterrorystów. Dwóch zginęło, a 15 zostało rannych. Policjanci mieli zatrzymać w Magdalence dwóch przestępców - Roberta Cieślaka i Igora Pikusa - zamieszanych w zabójstwo policjanta w podwarszawskich Parolach w 2002 r.