Gdyby ktoś nie doniósł na generała-oszusta, ten pewnie dalej piąłby się po szczeblach wojskowej kariery. Dzięki lewemu papierowi awansował do stopnia generała. Ale teraz, zamiast liczyć na awans, musi kombinować, co zezna prokuraturze.

Jak wytłumaczy, że certyfikat dostał po egzaminie, na którym wcale nie był? Test przed Centralną Komisją Egzaminacyjną w Łodzi zdawało tego dnia 36 osób. Były na jednej liście. Ale nazwiska wojskowego tam nie było. "Znalazło się na odrębnej liście, co uwiarygodnia donos" - zdradza DZIENNIKOWI wojskowy prokurator z Łodzi, płk Robert Malanowski. Śledztwo ws. generała zakończy się za kilka tygodni.

Z kolei inne śledztwo ruszy po tym, jak jeden z generałów, Marek Samarcew, skompromitował się przed ministrem MON. Rozmowa z Radkiem Sikorskim, która obnażyła, że mimo certyfikatu zaświadczającego o znajomości angielskiego, włada on tym językiem na żenująco niskim poziomie, zakończy się dla Samarcewa odejściem z armii.

Zbulwersowany Sikorski zlecił kontrolę w instytucjach, które kształcą wojskowych. Okazało się, że każdy ośrodek uczy i egzaminuje tak jak chce.

Kontrolę przeprowadził również DZIENNIK. Dziennikarze zadzwonili do Sztabu Generalnego Wojska Polskiego i i spytali po angielsku o misję polskich wojsk w Iraku. Wyniki są zatrważające. Poprawną, płynną angielszczyzną odpowiedział tylko jeden. Inni dukali.