p

Edward Skidelsky*

Leo Strauss i poszukiwanie polityki doskonałej

Zapamiętajcie dumni mężowie czynu: jesteście tylko nieświadomymi swej sytuacji sługami intelektualistów, tych którzy - często w najbardziej skromnym zaciszu - potajemnie i w najdrobniejszym szczególe zaplanowali każdy wasz uczynek" - pisał niemiecki poeta Heinrich Heine. "Intelektualistą" był w tym przypadku oczywiście Jean-Jacques Rousseau. Jednak podobnej wagi zarzut podniesiono ostatnio wobec Leo Straussa (1899-1973), profesora nauk politycznych na University of Chicago. Słynnego francuskiego filozofa obciążano winą za wszelkie zło rewolucji francuskiej. Straussa uznano za złego ducha, upiorny "mózg" kierujący zza grobu bieżącą polityką zagraniczną USA. Ten nieśmiały z natury akademik miał rzekomo - poprzez sieć swoich uczniów, a następnie ich własnych wychowanków - dokonać rzadkiej sztuki: "skorumpować" najpotężniejszą demokrację świata. Tego rodzaju domniemanie znajduje pewne oparcie w faktach. Przez trzy ostatnie dekady istotnie byliśmy świadkami szerokiego napływu straussistów do kolejnych administracji kierowanych przez republikanów, przeróżnych sztabów doradczych i redakcji periodyków politycznych. Podsekretarz obrony Paul Wolfowitz studiował zarówno pod kierunkiem samego Straussa, jak i jego protegowanego, amerykańskiego filozofa i krytyka Allana Blooma. Irving Kristol, pionier neokonserwatyzmu, ojciec wydawcy i publicysty Williama Kristola, uznaje, że Strauss wywarł decydujący wpływ na jego własny sposób myślenia. Czy rzeczywiście jednak mamy do czynienia z sytuacją alarmową? W latach 60. ubiegłego stulecia wielu brytyjskich doradców ekonomicznych było uczniami Johna Maynarda Keynesa. Jego wpływ był może nadmierny, ale w gruncie rzeczy nie doprowadził do niczego złego. Dlaczego oddziaływanie Straussa miałoby się tu czymkolwiek różnić?

Odpowiedź leży po części w szczególnej naturze jego dzieła. Nie był on intelektualistą pokroju Keynesa - powszechnie znanym i udzielającym się publicznie. Ten żydowski uchodźca z nazistowskich Niemiec pozostał filozofem klasycznie niemieckim. Jego dzieło - którego odbiór utrudnia mocna fasada talmudycznej scholastyki - jest subtelne, ale też ciężkie, zawiłe i zrozumiałe tylko dla nielicznych. Większość pism przybiera formę komentarzy do słynnych tekstów na temat polityki. Własne przemyślenia wyłaniają się w sposób jedynie pośredni - w formie uwag na marginesie czy aluzji. Strauss był przede wszystkim nauczycielem. Wychował wielu uczniów - słowo to w jego przypadku jest jak najbardziej na miejscu - którzy z kolei kształcili własnych wychowanków. Straussiści postrzegają siebie jako strażników mądrości. To jedna z przyczyn, dla których tak wielu z nich zrezygnowało z pracy naukowej na rzecz uczestnictwa w życiu publicznym. Politolodzy głównego nurtu widzą w nich z kolei zapatrzoną tylko w siebie koterię czy grupę wyznawców. Sytuacja stanie się jeszcze bardziej podejrzana, gdy przypomnimy sobie opinię Straussa, iż dzieła wielkich filozofów polityki napisano w sposób zawoalowany i "ezoteryczny", ukrywający właściwą treść. Idąc śladem Nietzschego, postrzegał on prawdę jako coś zagrażającego, "wywrotowego" wobec tradycji przodków spajającej nas wszystkich. Najwięksi z filozofów skrywają zatem owo zrozumienie, do którego doszli. Czynią to zarówno dla własnej ochrony, jak i z powodu szacunku dla wspólnoty politycznej, w której żyją. Mówiąc ściślej - ujawniają swój wgląd w sposób zrozumiały tylko dla garstki mędrców. Prostacka większość musi zadowolić się pozorami ortodoksji. Czy sam Strauss mógł być myślicielem "ezoterycznym" i stosować w praktyce swoje podejście do prawdy jako dostępnej jedynie wybranym elitom, a więc głównie swoim uczniom? Tak właśnie uważa Shadia B. Drury, profesor filozofii politycznej, kierownik instytutu badań nad sprawiedliwością społeczną w kanadyjskim University of Regina i jedna z najbardziej zagorzałych krytyków Straussa. Jego przywiązanie do demokracji należy - jej zdaniem - tylko do "egzoterycznego", wystawionego na "pokaz publiczny" aspektu myśli. W istocie nie cierpiał on demokracji. Wzorem Platona tęsknił za tyranią ludzi mądrych. Podobnie jak Nietzschemu odpowiadała mu struktura hierarchiczna i idea wojny. Ale zdawał sobie też sprawę, że tego typu celów nie można otwarcie deklarować. Trzeba zatem próbować dochodzić do nich w sposób tajny, zawoalowany, wykorzystując przy tym tradycyjną ludzką wierność czy przywiązanie do narodu i religii. Służyć temu mają tak zwani "dżentelmeni". Owi przyzwoici, acz niezbyt mądrzy ludzie funkcjonują - zgodnie z interpretacją Drury - jako zasłona dymna dla rządów wyznającej idee nihilizmu elity filozoficznej. Tylko za ich pomocą można przywrócić "naturalny porządek dominacji i posłuszeństwa". Krótko mówiąc - Strauss jest "myślicielem faszystowskim, głęboko lojalnym wobec własnego środowiska", członkiem tej samej filozoficznej konfraterni co Martin Heidegger czy niemiecki teoretyk prawa i polityki Carl Schmitt. Ogromny wpływ jego myśli na amerykańską prawicę to zwykły skandal.

Kurs polityki zagranicznej obrany przez USA po ataku na WTC utwierdził Drury w jej podejrzeniach. Używanie kłamstwa dla celów taktycznych, sojusz z religijną prawicą, nieograniczona "wojna z terroryzmem" - wszystko to zdaje się pozostawać w zgodzie z tajemną nauką Straussa. W tym kontekście nawet prezydent Bush zaskakująco przypomina straussowskiego "dżentelmena". Diagnozę Drury powszechnie zaakceptowano w świecie lewicowej krytyki. Publicyści i akademicy powtarzają ją bez żadnych zastrzeżeń. To, iż sam Strauss, jak i większość jego zwolenników byli Żydami, nadaje czasem tego typu oskarżeniom posmak antysemicki. W pewnych kręgach straussistów uważa się nawet za nowych Mędrców Syjonu. Obrońcy Straussa z drwiną odrzucają tego typu domniemania. "Stanowią one wytwór rozgorączkowanych umysłów, które nie są w stanie pojąć, jak wiele zmienił 11 września. Doktoryzowałem się u Straussa i uczestniczyłem w dwóch jego wspaniałych seminariach: na temat Monteskiusza i koncepcji praw u Platona. Jeśli ktoś sądzi, iż ma to cokolwiek wspólnego z amerykańską polityką zagraniczną, jest po prostu śmieszny" - stwierdził w 2003 roku w wywiadzie dla miesięcznika "Vanity Fair" Paul Wolfowitz. Douglas Murray, publicysta i autor wydanej ostatnio, broniącej stanowiska neokonserwatystów książki "Neoconservatism", dodaje, że Strauss nie jest także kryptofaszystą. Jego przywiązanie do demokracji było szczere i autentyczne, a jedyne zastrzeżenie w tym względzie polegało na tym, że twierdził: "Nie wolno nam pobłażać [błędom] demokracji właśnie dlatego, iż jesteśmy przyjaciółmi i sojusznikami jej liberalnej odmiany". Strauss, który walczył podczas I wojny światowej, zawsze miał przed oczyma przykład Republiki Weimarskiej. Zdawał sobie sprawę, że demokracja jako system ma fatalną skłonność do zajmowania miękkiego i niezdecydowanego stanowiska. Pragnął jej wzmocnienia poprzez wpisanie w nią poważniejszego rodzaju mądrości i wiedzy pochodzącej jeszcze z predemokratycznej przeszłości. Jego bohaterem był nie Hitler, lecz Churchill. Mamy więc dwie skrajnie odmienne interpretacje. Która jest prawdziwa? Wiele fragmentów pism Straussa przemawia na korzyść łagodniejszej interpretacji. Ale przecież, jeśli faktycznie pisał on w sposób ezoteryczny, tego właśnie należy oczekiwać. Problem w tym, że jeśli przyjmiemy zasadę pisarstwa ezoterycznego, możemy przypisać myślicielowi wszystko, co tylko nam się podoba. Dlatego lepiej trzymać się jego własnych słów. Wtedy szybko się okaże, że interpretacja Drury jest czystą karykaturą. Szkoda, bo jak każda dobra karykatura zawiera ona istotne elementy prawdy. Strauss to postać niepokojąca. Nie daje się zaszufladkować. Jego pisma olśniewają, gdy chodzi o szczegóły, a jednocześnie są zadziwiająco niejasne, jeśli weźmiemy pod uwagę całościowy projekt. Są pełne nierozładowanych napięć i zawoalowanych aluzji czy wskazówek. Niektóre z nich pośrednio realizuje bieżąca polityka amerykańska. Głównym tematem myśli Straussa jest pojęcie moralnej i intelektualnej doskonałości. Jest ona ostatecznym celem życia politycznego. Filozofowie klasyczni oceniali poszczególne rządy na podstawie ich zdolności do krzewienia postawy doskonałości. Najwyższe oceny zyskiwał ten, w którym zasiadają najlepsi z najlepszych.

Ponieważ jednak stanowią oni małą i niepopularną społecznie mniejszość, muszą - dla celów praktycznych - współpracować z oświeconą arystokracją czy też "dżentelmenami". Ci stanowią "polityczne odzwierciedlenie" mędrców. Podzielają ich duchowe uniesienia, dodając do nich własne bogactwo, savoir-vivre i "szlachetną pogardę dla [zbędnej] precyzji". Tylko rząd złożony z dżentelmenów może zyskać przyzwolenie prostaczków, pozostając jednocześnie otwartym na wpływ ludzi mądrych.

Reklama

Filozofowie starożytności uważali, że najlepszym z rządów jest ten, który stanowi uosobienie "prawa naturalnego". To prawo zaś ma swój fundament nie tylko w zwyczaju, tradycji czy przyjętej konwencji, ale w naturalnym porządku rzeczy. Idea prawa naturalnego pojawiła się na nowo w pismach ojców założycieli współczesnego liberalizmu. Nie chodziło jednak o tę samą koncepcję. Podczas gdy myśliciele starożytni postrzegali naturę ludzką w perspektywie celu czy też doskonałości, do której człowiek dąży, teoretycy nowożytni - inspirowani osiągnięciami nauk przyrodniczych i mechaniki - poszukiwali jej najniższego, wspólnego wszystkim ludziom pragnienia. Odkrywali go zaś w woli życia i lęku przed nagłą śmiercią. Ich zdaniem zatem najbardziej zgodny z naturą jest taki rząd, który najlepiej potrafi zaspokoić pragnienie bezpieczeństwa obywateli. To rząd silnego państwa świeckiego, obdarzony monopolem na użycie siły. Mieszkańcy cieszą się tu swobodami gwarantowanymi przez prawo, a niekiedy nawet - udziałem w samym rządzie. Co jednak z troską starożytnych o ideał doskonałości? Jakie ma on szanse we współczesnym liberalnym państwie? Odpowiedź Straussa brzmi raczej ponuro. Liberalizm przesuwa akcent z pytania "Czy to jest dobre?" na pytanie "Czy mam do tego prawo?". Wraz z upływem czasu drugie z nich zaczyna przesłaniać czy też wchłaniać w siebie pierwsze. W ostateczności zatem wszelkie problemy moralne redukuje się do problemów związanych z prawem. Teoria liberalna nie zajmuje się cnotą, lecz budową instytucji zabezpieczających obywatelom ich prawa. Nie interesuje się też prawdą. Dla niej wszystkie opinie, o ile tylko nie zakłócają pokoju, mają równą wartość. Liberalizm ulega w końcu zwyrodnieniu, przybierając postać relatywizmu - punktu widzenia, wedle którego różne moralne i religijne przekonania stanowią jedynie swego rodzaju pozycje w karcie dań. Mamy tu do czynienia z nieuniknionym - jeśli nawet do głębi ironicznym - przejściem od pierwotnego znaczenia terminu "liberalizm" do znaczenia niemal obraźliwego, jakiego nabrał w dzisiejszej Ameryce. Liberalizm wyraża prozaiczność i przyziemność ery współczesnej, jej nieufność wobec bohaterów i ideałów. Strauss powiada, iż liberalizm z rozmysłem "obniża rangę" celów życia politycznego, by zwiększyć szanse ich realizacji. Jednak zaniedbanie przezeń ideału doskonałości ma na dłuższą metę charakter autodestrukcyjny. Żaden rząd, nawet liberalny, nie utrwala swojej władzy w sposób mechaniczny. Każdy ostatecznie opiera się na mądrości i odwadze swoich liderów. Zaniedbując ten aspekt, liberalizm naraża na niebezpieczeństwo swoje własne przetrwanie. Ma on także jeszcze inną ujemną stronę w porównaniu z rywalizującymi z nim systemami totalitarnymi: rozszerza na nie swoją sferę tolerancji, której te bynajmniej nie odwzajemniają. Dla Straussa upadek Republiki Weimarskiej stanowił właśnie dowód na tego typu wadliwość liberalizmu. Churchill z kolei pokazał, że ocalić liberalną demokrację przed zagładą może tylko tkwiący w niej głęboko element heroiczny. Jak zatem można przeciwdziałać zrównującej wszystko tendencji ery współczesnej? Jak przywrócić wielkość? Strauss, w przeciwieństwie do wielu europejskich konserwatystów, nie patrzy w stronę "dziedzicznej arystokracji" - klasy w Ameryce zupełnie nieznanej. Sam był jedynie arystokratą ducha. Dlatego tak wielką wagę przykładał do edukacji. "Edukacja liberalna jest przeciwwagą dla kultury masowej, dla niszczących skutków jej działania, tkwiącej w niej tendencji do taśmowej produkcji >>ludzi o wąskich specjalizacjach, pozbawionych ducha i wizji działania oraz sybarytów bez serca<<.(...) Liberalna edukacja jest przedsięwzięciem koniecznym dla odnalezienia ducha arystokracji w demokratycznym społeczeństwie masowym. Przypomina ona tym uczestnikom demokracji masowej, którzy jeszcze potrafią słuchać, o zapomnianej wielkości człowieka". Mam nadzieję, iż powyższe krótkie podsumowanie jasno dowodzi, że Strauss nie był "myślicielem faszystowskim, głęboko lojalnym wobec własnego środowiska", jak chce profesor Shadia B. Drury. Nie był też jednak postacią, z którą liberalnym demokratom byłoby jak najbardziej po drodze. Udzielone im poparcie jest w najlepszym przypadku czysto pragmatyczne i tymczasowe. Sięga tylko nieco dalej niż uznanie, iż "w chwili obecnej demokracja jest jedyną możliwą do zrealizowania alternatywą wobec przeróżnych form tyranii". Strauss nigdzie nie uznaje wolności i równości za wrodzone i nieodłączne ludzkie dobra. Ich wartość traktuje instrumentalnie: tworzą one przestrzeń, gdzie może kwitnąć i rozwijać się doskonałość. "Nie możemy zapominać (...) że demokracja, dając wolność wszystkim, daje ją także tym, którzy troszczą się o doskonałość człowieka. Nikt nie przeszkadza nam w uprawianiu naszego ogródka czy tworzeniu bastionów, które później wielu obywateli być może uzna za pożyteczne i zbawienne dla republiki". Krótko mówiąc - Strauss jest otwartym zwolennikiem elitaryzmu rozumianego zgodnie z najlepszą tradycją niemieckiego stanu profesorskiego. I już samo to w oczach niektórych komentatorów wystarcza, by nazwać go faszystą.

Współczesny neokonserwatyzm odszedł bardzo daleko od poglądów Leo Straussa. Pozbył się jego kulturowego pesymizmu, elitaryzmu czy sceptycyzmu rodem ze Starego Świata. "Wielu neokonserwatystów uważa go za zbyt nieufnego wobec współczesności" - pisał w 1979 roku Irving Kristol. Strauss sprzeciwiał się wszelkim górnolotnym i ponad miarę ambitnym projektom "politycznego zbawienia". Był konserwatystą, ale nie neokonserwatystą. Szanował cnotę rozwagi, którą nazywał "bogiem tego niższego świata" i wychwalał klasyków za to, iż "zrozumieli, że zła nie sposób wykorzenić, a zatem (...) trzeba miarkować swoje oczekiwania wobec polityki". Próba narzucenia demokracji całemu globowi wstrząsnęłaby nim jako przedsięwzięcie po prostu głupie.

Jednak współczesny neokonserwatyzm, nawet jeśli odszedł od jego idei, wyrastał z typowego dla tego myśliciela niepokoju i obawy. Celem uprawiania polityki było wedle Straussa kultywowanie cnoty. Ta jednak wymaga ofiary, a ofiara z kolei - ideału. Kłopot z liberalizmem polega na tym, iż ma on skłonność do relatywizacji wszelkich ideałów i sprowadzania ich do roli zwykłych opinii. Ofiara staje się zatem niemożliwa, polityka w prawdziwym sensie tego słowa ustępuje miejsca kierowaniu gospodarką. Skutek? Ludzie wycofują się w sferę czysto prywatnej egzystencji. Sytuację taką Alexandre Koje`ve, francuski filozof i przyjaciel Straussa, nazwał "zejściem człowieka do poziomu zwierzęcia". Aby przeciwdziałać owemu rozkładowi, pilnie potrzeba nowych źródeł idealizmu. Strauss - jak widzieliśmy - odpowiada na tę kłopotliwą sytuację propozycją podtrzymywania ognisk mądrości w "niszach" społeczeństwa masowego. Działanie takie ma wraz z upływem czasu coraz głębiej odciskać swoje "piętno" na republice jako całości. Rozwiązanie to jest jednak zbyt elitarne z natury, zbyt subtelne dla współczesnych gustów. Neokonserwatywni spadkobiercy Straussa doszli do wniosku, że cnotę obywatelską łatwiej obudzić poprzez przekształcenie samej liberalnej demokracji w swoisty rodzaj "walczącej wiary" liberalizmu. Próbowali "ruchu na zewnątrz, a nie w górę". Upadek Związku Radzieckiego dał im długo oczekiwaną szansę. Wielu z nich stało się zagorzałymi zwolennikami tej samej demokracji liberalnej, na którą ich mistrz patrzył z takim sceptycyzmem. Jednak problem neokonserwatywnej odmiany liberalizmu polega na tym, że w istocie nie jest on wcale "liberalny". Klasyczny angloamerykański liberalizm zdecydowanie nie był tym, co nazywamy "walczącą wiarą". Zajmował stanowisko sceptyczne wobec wszelkich skrajnych przekonań/wyznań - religijnych i politycznych. I chociaż stawał do walki przeciw takim najeźdźcom jak Napoleon czy Hitler, to do preferowanych przezeń środków propagowania i obrony własnej postawy należały: rozwój handlu, edukacji i przestrzeganie zasad prawa międzynarodowego. Nowy liberalizm neokonserwatystów jest zjawiskiem całkowicie odmiennym. Nie jest kosmopolityczny z natury, lecz nacjonalistyczny. Nie pacyfistyczny, lecz wojowniczy. Nie sceptyczny, lecz żarliwie broniący swojego stanowiska i stanu posiadania. Modelem jest tu Izrael - twór woli politycznej i militarnej. Ów nowy model liberalizmu nie proponuje już pokoju i prosperity, lecz jedynie zdolność wybawienia od banału konsumpcyjnej cywilizacji. Jeśli taka interpretacja jest właściwa, to neokonserwatyzm jest ruchem naprawdę ezoterycznym, chociaż nie w sensie przypisywanym mu przez Drury. Jak w przypadku wielu innych form imperializmu skrycie ogniskuje się na czymś innym: polityce wewnętrznej. Jego rzekoma misja szerzenia wolności na świecie jest w rzeczywistości tylko instrumentem służącym rozbudzeniu ducha opinii publicznej na własnym podwórku. Tego typu przypuszczenie trzeba oczywiście jeszcze udowodnić. Ale patriotyczny i wojenny ton administracji Busha oraz wyraźna obojętność na los narodów dotkniętych jej gorliwym zapałem demokratyzowania silnie przemawiają na rzecz prawdziwości owego domysłu. Istnieją nawet ważne powody, by podejrzewać, że neokonserwatystów raczej nie uradowałoby powodzenie własnego przedsięwzięcia. Zwycięstwo liberalnej demokracji w skali globalnej oznaczałoby bowiem - by użyć tu kategorii Koje`ve'a - koniec historii i cofnięcie się człowieka do poziomu zwierzęcia. Na szczęście dla nich szanse na taki rozwój wydarzeń są nikłe. Neokonserwatywni następcy Straussa kontynuują też inne wątki jego myśli. Chodzi jednak o dziedziny bardziej mgliste i niejednoznaczne: styl i kulturę. Odziedziczyli oni po swoim mistrzu poczucie przynależności do prześladowanej duchowej elity. Kultywowali wyniosły, tajemny styl, pełen osobistych aluzji i kabalistycznej symboliki. Ową kategorię swoistego "czerpania rozkoszy z własnej sytuacji" wprowadził Allan Bloom, autor bestsellera "The Closing of the American Mind" [wyd. pol.: "Umysł zamknięty", przeł. T. Bieroń, Zysk i S-ka, Poznań 1997 - przyp. red.]. Nie zaskakuje zatem, że ludzi ukształtowanych przez Bloomowski system edukacji pociąga świat szpiegostwa i zagrożonego poczucia bezpieczeństwa. Ma rację Anatol Lieven, analityk waszyngtońskiej New American Foundation, twierdząc, iż wpływ Straussa polega na wzmocnieniu "skłonności amerykańskich elit zajmujących się bezpieczeństwem państwa do traktowania siebie jak platońskich >>strażników<<. Uznawania się za zamkniętą, wszechwiedzącą grupę wybrańców, prowadzącą społeczeństwo i chroniącą go niczym obronne psy. A w razie potrzeby potrafiącą nawet oszukać ciemne i słabe masy - rzecz jasna w trosce o ich własne dobro". Jednak najważniejszym spadkiem, który Strauss pozostawił neokonserwatyzmowi, jest odnowienie języka moralnego dyskursu. Pisał mocną, bezpośrednią, klasyczną angielszczyzną, pełną określeń w rodzaju "honorowy", "wyrachowany", "interesowny", "arystokratyczny" czy "prostacki". Nie używał tylko jednego słowa: zło. Bez wątpienia uznawał je za niestosowne w świeckim dyskursie politycznym. Takie stanowisko nie powstrzymało jednak jego następców. Rutynowe niemal przypisywanie zła wrogom politycznym jest jedną z mniej przyjemnych cech dzisiejszego neokonserwatyzmu. To nieskrępowane stosowanie języka moralności (lub może - moralistyki) jest świadomym wyrazem lekceważenia i oporu wobec dominującego dziś sposobu mówienia o polityce w sposób mniej "oceniający". Sam Strauss z zapałem sprzeciwiał się bagatelizowaniu przez nauki społeczne roli wartości. Twierdził, iż po prostu nie sposób opisywać zjawisk społecznych językiem pozbawionym kategorii etycznych. Zjawiska te bowiem - inaczej niż ich odpowiedniki w świecie fizycznym - są w całości podległe zasadom etycznym. "Czym stałyby się nauki społeczne, gdyby nie pozwolono im zajmować się takimi fenomenami jak wąskie interesy partyjne, rola szefa, grupy nacisku, cechy męża stanu, korupcja czy nawet zgnilizna moralna (...) zjawiskami, które poniekąd konstytuują się za sprawą sądów wartościujących?". Irving Kristol i jego koledzy z nieistniejącego już pisma "The Public Interest" stosowali tę zasadę w swoich pracach dotyczących amerykańskiej biedoty. Tam, gdzie akademiccy socjologowie opisywali systemy i struktury, oni w swobodny sposób używali wiktoriańskiego języka mówiącego o bezczynności i braku umiarkowania. Gdy chodzi o stosunki wewnętrzne, neokonserwatyści odrzucali techniczny język teorii gier na rzecz klasycznej retoryki wolności, tyranii i patriotyzmu.

Problem nie dotyczy tylko zagadnień teoretycznych. Podstawowe źródło naszej niechęci do stosowania języka dyskursu moralnego nie leży w jakiejkolwiek doktrynie filozoficznej, lecz w "czarnej chmurze" winy wiszącej nad światem Zachodu od roku 1918. "Neutralne stanowisko wobec wartości" dodaje powagi czy godności temu, co w efekcie okazuje się kryzysem zaufania. Ponieważ sami kiedyś popełnialiśmy błędy, wątpimy, czy mamy prawo wytykać błędy innym. Potępiwszy samych siebie, niechętnie teraz potępiamy innych. Neokonserwatyzm odrzuca owo psychiczne obciążenie. Oferuje nam coś, co Douglas Murray nazywa "przejrzystością moralną" - ożywczą i porywającą pewność, że w tym świecie istnieje dobro i zło, a my jesteśmy po stronie dobra. Nie jest przypadkiem, że wielu zwolenników neokonserwatyzmu to Żydzi, ludzie, którzy - przynajmniej do niedawna - mieli wyjątkowo mało spraw na sumieniu, z powodu których mogliby czuć się winni. Niestety lekarstwo proponowane przez neokonserwatyzm jest gorsze od samej choroby. Jedynym, co dziś pozostało z politycznego sumienia Zachodu, jest historyczne poczucie winy. Grozi nam, że uwalniając się od niego, wyzwolimy się jednocześnie z jakichkolwiek zahamowań. Sławne postacie epoki wiktoriańskiej ograniczała w ich imperialnym zapale długa tradycja umiarkowania i rozwagi traktowanych jako główne cechy męża stanu, jak również chrześcijańskie z ducha poczucie, iż władza korumpuje. Leo Strauss - nawet jeśli sam był niewierzący - żywił szczery szacunek dla wiary religijnej. Rozumiał ów święty respekt dla granic ludzkiej mocy, który Biblia nazywała "trwogą w obliczu Boga", a Grecy określali mianem "dike" - kosmicznej sprawiedliwości. Jakie ograniczenia pozostały dzisiaj? Spadkobiercy Straussa odziedziczyli uproszczoną i zwulgaryzowaną wersję nauk mistrza. Co - w momencie gdy nie widzą przed sobą żadnych przeszkód wewnętrznych czy zewnętrznych - powstrzyma ich przed próbą narzucenia swojej gwałtownej, bezwzględnej miłości wszystkim ludziom?

Edward Skidelsky

&copy; Prospect Magazine (distributed by TNYTS/Syndykat Autorów), 2006

przeł. Zbigniew Mach

p

*Edward Skidelsky - brytyjski politolog, pisarz i eseista. Pracownik Social Market Foundation. Współpracuje m.in. z pismami "Prospect" oraz "The Daily Telegraph".