W stolicy radni od miesięcy zastanawiali się nad blokadą miasta przed ciężarówkami. Dopiero wczorajsza śmierć siedmiolatka pod kołami ciężarówki na jednej ze stołecznych ulic zmobilizowała rajców. I zdecydowali: od połowy października tiry wjadą na stołeczne ulice dopiero późną nocą.
Inne miasta były jednak mądrzejsze. Nie czekały na taką tragedię. Wrocław miał dosyć kolein na drogach. I zdecydował, że tiry nie mają wjazdu do miasta nie tylko w dzień, ale i późną nocą. Na rogatkach stoją policyjne patrole, które zawracają kierowców lekceważących zalecenia objazdu. Podobno zakaz wjazdu ma być utrzymany tylko przez kilkanaście miesięcy - do czasu aż nie zakończą się remonty wrocławskich dróg. Ale niewykluczone, że zostanie wprowadzony na stałe.
Przewoźnicy już protestują. Zakaz da im bowiem poważnie po kieszeni. Często specjalnie łamią przepisy, by zaoszczędzić kilka złotych i powodują wypadki. Ale trzeba mieć nadzieję, że urzędnicy pozostaną głusi na protesty, bo życie mieszkańców jest przecież o wiele cenniejsze niż interesy przewoźników.
Warszawiacy muszą poczekać jeszcze dwa tygodnie, bo trzeba wystawić odpowiednie informacje co najmniej kilkanaście kilometrów przed rogatkami miasta i stworzyć odpowiednie objazdy. Jednak lepiej, że zakaz wejdzie późno niż wcale. Szkoda tylko, że musiało zginąć dziecko.