Niebezpieczna partia corhydronu pochodzi z 2005 roku. Ponad 6,5 tysiąca ampułek. Lek wyprodukowała jeleniogórska Jelfa. Zamiast ratować życie, mógł zabić. Jest zanieczyszczony!
Służby medyczne wiedziały o tym już 11 października. Główny Inspektorat Farmaceutyczny wstrzymał nawet sprzedaż lekarstwa. Ale nikogo o niebezpieczeństwie nie poinformował! Nie wiadomo, co stało się z ok. 5,5 tys. opakowań, których nie odnaleziono. Czy zostały zużyte, czy też leżą w apteczkach niczego nieświadomych pacjentów.
Sprawa wyszła na jaw na początku zeszłego miesiąca w wojewódzkim szpitalu w Siedlcach. Dwie pacjentki po zastrzykach straciły przytomność. Gwałtownie spadło im ciśnienie. Lekarzom ledwo udało się je uratować. Okazało się, że specyfikiem, który im podano, był właśnie hydrocortison, który jest rutynowo stosowany w przypadkach powikłań alergicznych.
"Z tego, co wiem, nie był to pierwszy przypadek powikłań po podaniu hydrocortisonu z partii, którą i my mieliśmy w swoim szpitalu. Do podobnego przypadku doszło już raz na początku tego roku w innym szpitalu w Polsce" - opowiada DZIENNIKOWI Dariusz Rembisz, dyrektor do spraw medycznych siedleckiego szpitala.
Siedleccy lekarze natychmiast wszczęli alarm w Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym. Specjaliści wzięli ampułki corhydronu pod lupę. Znaleźli tam niebezpieczny środek chlorsuccilin. Powoduje on szybkie wiotczenie mięśni. Pacjenci, którym go podano, dusili się! Co najgorsze, chlorsuccilinu w ogóle nie powinno być w składzie corhydronu!
Dlaczego więc trafił do ampułek? Jak podejrzewa szef inspektoratu, w Jelfie ktoś się pomylił. Tylko że ta pomyłka mogła kosztować pacjentów życie!