p

Andrzej Walicki*

Między III a IV RP

Jedną z najmniej atrakcyjnych cech kultury politycznej III i IV RP jest iście Orwellowskie dążenie do ustanowienia kontroli nad językiem debat politycznych jako warunku narzucenia społeczeństwu ideologicznej wizji rzeczywistości. Procesowi zawłaszczania kluczowych słów, nadawania im znaczeń innych niż uprzednio i silnie wartościujących, poddał się niestety cały dyskurs polskiego antykomunizmu. Słowo "komunizm" stało się synonimem PRL, zatracając wszelką więź z ideologią komunistyczną i komunistyczną wizją przyszłości; "liberalizm" zawężony został do wolnorynkowego ekonomizmu, "populizm" stał się wyzwiskiem wyrażającym jedynie pogardę elit wobec ludu, prawny termin "roszczenie" używany jest jako synonim "uroszczenia", czyli roszczenia bezpodstawnego, zdradzającego mentalność "populistyczną" lub wręcz "sowiecką". Itd., itp.

Przedmiotem ideologicznych manipulacji stał się zwłaszcza termin "III Rzeczpospolita". W wyniku ofensywy ideologicznej zwolenników tzw. IV RP termin "III RP" stał się określeniem postkomunistycznej państwowości polskiej, powstałej w wyniku umowy okrągłego stołu i przestrzegającej podjętych wówczas ustaleń, a więc uchylającej się od podjęcia zadań lustracji i dekomunizacji. W tym sensie za reprezentatywne postacie III RP uważa się dziś Adama Michnika, najodważniejszego przeciwnika lustracji i dekomunizacji, oraz postkomunistycznego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. W rzeczywistości jednak termin "III RP" wyrażał pierwotnie zupełnie inną, prawicowo-antykomunistyczną intencję wymierzoną w postkomunistów i ugodowego wobec nich Michnika, zgodną natomiast z programem braci Kaczyńskich. Wprowadził ów termin w obieg Lech Wałęsa na uroczystości swego zaprzysiężenia jako prezydenta w dniu 22 grudnia 1992 roku. Powiedział wówczas: "Stoję przed Wami jako pierwszy prezydent Polski wybrany bezpośrednio przez cały naród. Z tą chwilą zaczyna się uroczyście III Rzeczpospolita Polska. Nikt i nic nie może umniejszyć tego faktu". Słowa te wypowiedziane zostały w obecności emigracyjnego prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego, od którego Wałęsa przejął insygnia władzy.

Dotychczasowy prezydent, generał Jaruzelski nie został na tę uroczystość zaproszony. Tym samym cały okres PRL uznano za "czarną dziurę" w dziejach Polski, nowa państwowość określiła się jako bezpośrednia kontynuatorka Polski sanacyjnej, umowa okrągłego stołu została podważona za sprawą delegitymizacji strony rządowej, a rządy premiera Mazowieckiego w "kohabitacji" z prezydentem Jaruzelskim potraktowane zostały jako "końcówka PRL". Jak z tego widać, III RP - wbrew serwowanym dziś mitom na jej temat - narodziła się nie pod znakiem narodowego pojednania, lecz jako projekt ideologiczny radykalnie prawicowego antykomunizmu.

Kładę na to nacisk, ponieważ w różnych moich pracach, w tym również w opublikowanych fragmentach mego dziennika, używam terminu III RP w tym właśnie znaczeniu: jako nazwy państwa, które określiło się jako prawicowo-antykomunistyczne, odrzucając ideę ogólnonarodowego pojednania w ustroju liberalnej demokracji. W Michniku widzę głównie sprzeciw wobec tej tendencji: człowieka, który odważył się iść pod prąd, zdecydowanie przeciwstawiając się dyskryminowaniu byłych przeciwników, wyciągając rękę do "autorów stanu wojennego", deklarując, że uważa PRL za swoje własne państwo, a nie jedynie obszar sowieckiej okupacji i przyznając nawet, że "były przecież istotne racje, które mogły stać za postawą Gomułki, Gierka czy Jaruzelskiego". Ale wszystko to - wbrew prawicowym mitologiom demonizującym rolę redaktora "Gazety Wyborczej" i przedstawiającym go jako reprezentatywną postać III RP - przeciwstawiało Michnika typowym poglądom postsolidarnościowej klasy politycznej.

Reklama

Poglądów Michnika nie utożsamiam jednak ze stanowiskiem całego zespołu "Gazety Wyborczej". To na jej łamach ogłoszono przecież (Ewa Milewicz), że postkomunistom "mniej wolno" niż liderowi AWS Marianowi Krzaklewskiemu - admiratorowi ojca Rydzyka i nieprzejednanemu wrogowi liberalnej konstytucji 1997 roku. Pozwala to zrozumieć, gdzie byliśmy już wtedy i gdzie jesteśmy teraz - na wyższym szczeblu tego samego procesu.

Wałęsowska ceremonia inauguracyjna, wyśmiana m.in. przez redaktora "Kultury" Jerzego Giedroycia, równoznaczna była ze swoistą delegalizacją PRL, a więc uznaniem, że działalność wewnątrz PRL-owskich struktur państwowych była w gruncie rzeczy formą kolaboracji z nielegalną władzą. Jest rzeczą nader wątpliwą, czy pogląd taki, przy należytym wyjaśnieniu jego treści, miałby szansę na aprobatę w ogólnonarodowym referendum. Można także sądzić, że decyzja odesłania w historyczny niebyt poprzedniej formy państwowości polskiej powinna być przedyskutowana i poddana głosowaniu przez parlament. Zignorowanie tego oczywistego wymogu świadczyło, że ogłoszona przez Wałęsę "III RP" szuka dla siebie legitymizacji nie w zasadach demokracji parlamentarnej, lecz w ideologii skrajnie prawicowej stawiającej znak równości między ograniczoną suwerennością a obcą okupacją oraz między "realnym socjalizmem" PRL a komunistycznym totalitaryzmem.

Jedno i drugie było drastycznym fałszowaniem historii w oparciu o iście Orwellowskie manipulowanie językiem. Obchody 50. rocznicy Października dowiodły, że wszyscy poważni znawcy problemu zgadzają się, iż po "przełomie październikowym" PRL stała się względnie samodzielnym podmiotem politycznym. Nie warto więc może spierać się o rzecz tak oczywistą, tym bardziej że nawet prezydent Lech Kaczyński powiedział niedawno, iż "nie uznaje poglądu, że PRL był formą sowieckiej okupacji". "PRL-owski" nie jest tym samym co "komunistyczny", a tym bardziej "totalitarny". Są to słowa o różnej treści i zakresie, a używanie ich jako synonimów - co miało miejsce w całym okresie III RP - jest nieuczciwym chwytem politycznym. Nazywanie byłych członków PZPR "komunistami" sugeruje kojarzenie ich z fanatycznym ultraradykalizmem bolszewików, z którym nie mieli nic wspólnego. Określanie jako "komunistów" członków SLD, czyli partii jednoznacznie niekomunistycznej, a tym bardziej rozpowszechnione na prawicy utożsamianie komunizmu z grupowym interesem PRL-owskiej elity - co uzasadniało operowanie terminem "komunistyczny kapitalizm", obejmującym również Balcerowicza - było nieuczciwością i niedorzecznością zarazem. Podciąganie całej historii PRL (a nie tylko krótkiego okresu stalinizmu) pod określenie "totalitaryzm" było z kolei narzędziem demonizacji pokonanego przeciwnika oraz autogloryfikacji zwycięskiego "obozu postsolidarnościowego", a więc rozniecania między Polakami zimnej wojny domowej, szerzenia nienawiści i pogardy oraz spychania "postkomunistów", których należałoby nazywać "postpeerelowcami" - na społeczny margines. Wybór języka politycznego był więc narzędziem stygmatyzacji, kreującym nowe, ofensywne formy zakłamania mające wyposażyć zwycięzców w poczucie racji niepodzielnej i moralny mandat do władzy w państwie.

W jednej z opublikowanych części mojego dziennika, pod datą 4 grudnia 1996 znajduję zapis "Dlaczego odrzucam tzw. Antykomunizm". Pozwolę sobie przytoczyć te słowa: "Polski pseudoantykomunizm jest dla mnie nie do przyjęcia z takich oto punktów widzenia:

1. nacjonalistycznego, bo nacjonalizm wymaga zapominania (teza Renana), prymatu interesu całości, solidarności, a nie zimnej wojny domowej;

2. konserwatywnego, jestem bowiem za ewolucją, ciągłością, przeciw radykalizmowi;

3. chrześcijańskiego, bo wierzę w sens bezwarunkowego przebaczenia (Tischner), a nie niszczenia przeciwnika;

4. antykomunistycznego wreszcie, bo pseudoantykomunizm trywializuje i pomniejsza sprawę zarówno komunizmu, jak autentycznego antykomunizmu".

Moralność, prawo i przyzwoitość polityczna

Oprócz nienaturalnie wzmocnionej politycznej prawicowości źródłem antykomunistycznej obsesji w III RP był również nie zawsze szczery absolutyzm moralny, przeciwstawiany w swej skrajnej wersji nie tylko komunizmowi, lecz także nihilistycznym rzekomo konsekwencjom liberalizmu. Z tego punktu widzenia brak rozliczenia z peerelowskim "komunizmem" wydawał się moralną katastrofą, ignorowaniem podziału na "dobro" i "zło" w sferze publicznej. Nawet człowiek tak światły jak Jerzy Turowicz uważał wybór postkomunisty na prezydenta RP za moralnie niedopuszczalny. Sądzę jednak, że taka postawa była zasadniczym i brzemiennym w skutki błędem - nie tylko politycznym, lecz również moralnym.

Mój pierwszy nauczyciel, wybitny emigracyjny filozof rosyjski, Sergiusz Hessen wpoił we mnie mocne przekonanie, że moralność nie daje się pogodzić z żadną formą przymusu - nie tylko przymusu prawnego, lecz również ze zorganizowaną presją społeczną. Mobilizacja zbiorowego nacisku moralnego niszczy autentyczną moralność, ponieważ niezgodna jest z wolnością sumienia i ideałem miłości. Moralność nie może narzucać swych norm przez legislację i powinna urzeczywistniać swe cele za pomocą przykładu, a nie przez tworzenie atmosfery wymuszonego konformizmu.

W odróżnieniu od moralności prawo musi sięgać po przymus, ale tylko w wyraźnie i mocno ograniczonym zakresie. Moralność jest zawsze absolutna, pretenduje więc do kontroli nad całokształtem nie tylko zachowań, lecz nawet myśli ludzkich, stawia też przed ludźmi zadania wymagające nieustającego wysiłku - nigdy bowiem nie jest się dość moralnym. Ale dlatego właśnie życie społeczne musi być regulowane przez prawo, które określa tylko granice indywidualnej wolności, zabezpieczając każdej jednostce wolność sumienia i swobodę wyboru.

Współczesna Polska jest krajem, w którym szeroką akceptację znajduje idea jednolitej tożsamości zbiorowej, czyniąca liberalny pluralizm podejrzanie bliskim relatywizmowi moralnemu, czy wręcz nihilizmowi. Znacznym posłuchem cieszy się kościelna idea podporządkowania wolności "prawdzie", mało komu podoba się Rawlsowska koncepcja państwa neutralnego - neutralnego nie tylko wobec religii, lecz wobec wszystkich "tożsamości" moralnych. Dlatego też, mimo że trudno jak dotąd mówić o formalnym gwałceniu reguł demokratycznych, nie ma u nas atmosfery tolerancji, jest natomiast zawsze gotowość posłużenia się bronią politycznego moralizmu i ostracyzmu, presji środowiskowej, społecznego przymusu. Było tak przez cały czas trwania III RP i IV RP wzmocniła tę tendencję, posługując się w szerszym niż dotąd zakresie metodami insynuacji, moralnej dyskredytacji przeciwników oraz dogodnym ukierunkowaniem politycznym negatywnych emocji społecznych. Trudno oprzeć się refleksji, że jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest tak bardzo idealizowany, pokojowy charakter solidarnościowej rewolucji. Była to przecież wieloletnia krucjata moralna, ćwiczenie się w radykalizmie, w demonizowaniu przeciwnika i odrzucaniu dialogu z nim. Normalna wojna wyrabiać może nawet szacunek dla drugiej strony, ale wojna moralna, totalny bojkot, konfrontacja bezkrwawa wymagała napięcia nienawiści, pogardy, umiejętności dyskontowania ustępstw - bez kwitowania ich i odwzajemniania. Tak widać być musiało, skoro chodziło o wojnę moralną właśnie, o całkowitą delegitymizację strony przeciwnej.

Ceną odniesionego zwycięstwa było jednak, jak sądzę, poważne nadwątlenie zdolności do uznawania różnic politycznych za rzecz normalną, niepociągającą za sobą zrywania przyjaźni i kontaktów towarzyskich. Szczególnie osobliwą formą antyliberalizmu i antyindywidualizmu stała się w Polsce szeroka społeczna akceptacja poglądu, że tak czy inaczej definiowana zbiorowość ma prawo do rozległej normatywnej kontroli nad jednostką - kontroli obejmującej w zasadzie wszystko, zależnej bowiem tylko od woli parlamentarnej większości. Wiele powiedzieć mogą na ten temat obrońcy praw mniejszości seksualnych, ale nie tylko oni - kontrola, o której mowa, dotyczyć ma bowiem nie tylko sfery obyczajowej, lecz także - a nawet głównie - sfery politycznej; jej cechą wyróżniającą jest uprawomocnienie roszczeń grupy rządzącej do "prześwietlania" całego przebiegu życia obywatelskiego.

Najjaskrawszym przejawem tej kolektywistycznej tendencji jest oczywiście popularność idei powszechnej lustracji. Ilość pryncypialnych przeciwników tej idei, takich jak Adam Michnik, Barbara Skarga czy Andrzej Romanowski, jest moim zdaniem zaskakująco mała, co świadczy o niewielkim zrozumieniu niezbywalnego prawa jednostki, również oskarżanej, do pewnego zakresu prywatności oraz zasady domniemania niewinności jako podstawowego warunku "rządów prawa". Za szczególnie odrażający uważam zgłaszany często postulat, by jednostki oskarżane o współpracę z SB spowiadały się ze swoich domniemanych lub rzeczywistych przewinień na zebraniach środowiskowych, przepraszając osoby, którym mogły kiedyś zaszkodzić i prosząc je o wybaczenie. Jest to postulat prawdziwie "postkomunistyczny" lub nawet "posttotalitarny" - praktyka "samokrytyk" i "rozbrajania się przed kolektywem" była bowiem typowa dla czasów stalinowskich.

Wśród uzasadnień społecznego konformizmu w wersji prawicowej najpospolitszym jest oczywiście postendecki nacjonalizm, pojmujący naród jako homogeniczną całość mającą prawo do wywierania na swych członków "moralnego przymusu". Rozwinął tę koncepcję Roman Dmowski, który już w roku 1902 uzasadniał "fizyczną i moralną tyranię" sprawowaną przez "zdrową część narodu" nad "nienarodowo myślącą częścią społeczeństwa", określoną pogardliwym mianem "Pół-Polaków". Późniejsi nacjonaliści, wśród nich Bolesław Piasecki, przeciwstawiali narodową elitę, czyli "prawdziwych Polaków", Polakom "metrykalnym" tylko, a więc nieuprawnionym do zabierania głosu w sprawach narodowych. Dziwne to bardzo, ale koncepcje te odżyły w III RP: antykomunistyczna prawica przywłaszczyła sobie prawo wykluczania ze wspólnoty narodowej ludzi o niewłaściwych poglądach i wartościach, a więc Polaków jedynie "nominalnych", określanych najczęściej mianem ludności "polskojęzycznej". W rozprawie "Czy możliwy jest nacjonalizm liberalny?" (1997) przeciwstawiłem tej koncepcji pojmowanie narodu jako formy "społeczeństwa otwartego" - jako pluralistycznej, inkluzywnej i wielotożsamościowej wspólnoty dialogu, komunikacji i wspólnego losu, a nie "jednej prawdy" lub "jednego celu"; jako wspólnoty politycznej, obywatelskiej, zasadniczo różnej od monoetnicznego plemienia.

Bardziej wyrafinowaną wersję prymatu zbiorowości nad jednostką reprezentuje koncepcja polskiego republikanizmu rozwijana przez prof. Zdzisława Krasnodębskiego (w książce "Demokracja peryferii", Gdańsk 2003) i ciesząca się ostatnio dużym wzięciem. Krasnodębski ma rację, akcentując znaczenie klasycznego republikanizmu w tradycji polskiej oraz wyraźnie odróżniając republikanizm od indywidualistycznego liberalizmu - ja też o tym pisałem, ujmując różnicę między tradycją republikańską a liberalną w kategoriach wprowadzonych przez Benjamina Constanta: "wolności starożytnej", czyli wolności publicznej, oraz "wolności nowożytnej", czyli indywidualnej niezależności w sferze prywatnej. Rzecz w tym jednak, że Krasnodębski widzi w antyliberalnych aspektach klasycznego republikanizmu same zalety, a nie niebezpieczeństwa, wykorzystując republikańską ideę "dobra wspólnego" jako argument na rzecz ograniczenia zakresu tolerancji, zwiększania surowości państwa oraz wyposażania wspólnoty politycznej w mocną i jednolitą tożsamość w sferze wartości, w tym również w silną więź religijną (co prowadzi go do idealizowania szlacheckiego republikanizmu z okresu triumfów kontrreformacji). Zupełnie ignoruje liberalną krytykę republikańskiej "wolności starożytnej" (od B. Constanta po I. Berlina) podkreślającą, że zakładała ona całkowite podporządkowanie jednostki autorytetowi wspólnoty, znajdujące wyraz w oskarżaniu i upokarzaniu urzędników pod zarzutem korupcji, w istnieniu wyspecjalizowanych oskarżycieli zwanych sykofantami, w kolektywnym nadzorze nad obyczajami, w nieposzanowaniu prywatności i niezależności myśli, w karaniu za to ostracyzmem, banicją, a nawet śmiercią (casus Sokratesa).

W dosadnych słowach Isaiaha Berlina republikańska wolność Aten polegała na tym, że "żaden człowiek nie miał prawa powstrzymywać innych przed publicznym wniesieniem przeciwko niemu oskarżenia, przed publicznym potępieniem go, przed obserwowaniem go i mówieniem o nim, co ślina na język przyniesie". Krasnodębski nie dostrzega tej cechy antyliberalnego republikanizmu i nie dystansuje się od niej. Przeciwnie: wykorzystuje starorepublikańską ideę "rządów cnoty" i wzajemnej kontroli moralnej, potępiając rzekomy relatywizm Michnika i uzasadniając postulat powszechnej lustracji.

Moralne krucjaty w polityce zawsze tłumią wolność, a moralny fundamentalizm po prostu ją wyklucza. Nie znaczy to jednak, że polityka może być niemoralna! Moralność w polityce polega wszakże na zastąpieniu ideologicznych absolutów surowymi regułami zwyczajnej przyzwoitości, wykluczającymi aroganckie moralizowanie i potępianie z pozycji własnej rzekomej wyższości. Nie stygmatyzuj, nie poniżaj przeciwnika, nie folguj agresji, nie używaj argumentów poniżej pasa, nie zastraszaj, nie wymuszaj konformizmu, nie proponuj ustanowienia jakiejś "hierarchii narodowej". Spełnienie takich elementarnych postulatów natychmiast poszerzyłoby w Polsce przestrzeń wolności i racjonalności.

Różne liberalizmy

Ofiarą nadużyć semantycznych (świadomie posługuję się terminem użytym w innym kontekście przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego) stało się w Polsce słowo "liberalizm". Termin ten, zawłaszczony również na Zachodzie przez thatcherowską "nową prawicę", stał się synonimem wolnorynkowego dogmatyzmu domagającego się demontażu państwa opiekuńczego, określonego za F. Hayekiem jako "droga do zniewolenia". Przyczyniło się to do przejścia polskich liberałów na pozycje wolnorynkowego ekonomizmu marginalizującego centralną problematykę myśli liberalnej oraz do kojarzenia liberalizmu z inżynierią społeczną Balcerowiczowskiej "terapii szokowej" - mówiąc ściślej, z triumfalistyczną apologią tej terapii, ignorującą jej koszty społeczne. W rezultacie liberalizm jako taki utożsamiony został z ideologią uzasadniającą bezalternatywną rzekomo konieczność drastycznego zwiększania nierówności, a więc niszczącą więzi społeczne i korzystną jedynie dla uprzywilejowanych beneficjentów polskiego kapitalizmu. Znaczna część społeczeństwa przekonała się bowiem na własnej skórze, że nie tylko centralne planowanie, lecz również wolny rynek może być ograniczeniem wolności, zwłaszcza gdy jest to rynek tworzony nie ewolucyjnie, oddolnie i lokalnie (jak tego chciał Hayek), lecz w sposób "konstruktywistyczny", mocą narzucanych społeczeństwu decyzji politycznych.

Trzeba przyznać, że liberalizm zredukowany do ekonomizmu dobrze zapracował na swą złą reputację. Wypowiadałem się na ten temat wielokrotnie, m.in. w programowym artykule "Czym nie powinna być inteligencja liberalna?". Liczni, liberalni rzekomo, publicyści posługiwali się językiem socjaldarwinizmu, cofając się myślowo do Spencerowskiej apologetyki, wedle której bogactwo społeczne wytwarzają tylko prywatni pracodawcy, a ludzie pracy najemnej są niepoprawnymi "roszczeniowcami" czy "źródłem społecznych kłopotów". Terminowi "obrońca ludu" nadano sens wzgardliwy i ironiczny. Bezceremonialnie fałszowano historię, próbując dowieść, że idea redystrybucji lub nacjonalizacji własności była sprzeczna z cywilizacją zachodnią i zupełnie obca polskiej tradycji.

Do największych poszkodowanych należy tu sam liberalizm - zafałszowano bowiem jego źródłowy sens, a także sens jego historycznej ewolucji. Sensem tym była przecież nie wolność rynku, ale wolność jednostki, mogąca kolidować z wolnością bezosobowych sił rynkowych. Główny nurt myśli liberalnej ewoluował w Europie w stronę liberalizmu uspołecznionego, coraz bardziej oddalając się od prostych apologii wolnego rynku. Zapoczątkował tę ewolucję paradygmatyczny liberał XIX wieku John Stuart Mill, który apologię wolności indywidualnej łączył z akceptacją redystrybucji dóbr w oparciu o "uznaną zasadę sprawiedliwości". Nieco później T.H. Green postulował uzupełnienie "wolności negatywnej" (czyli wolności jednostki od zakazów i nakazów władzy) prawem do "wolności pozytywnej", czyli zabezpieczenia każdemu minimum środków do swobodnej samorealizacji. W końcu stulecia mówiono już o "nowym liberalizmie" (nie mylić z dzisiejszym neoliberalizmem!) domagającym się od państwa, by gwarantowało obywatelom warunki "godnego życia", takie jak minimum środków utrzymania, wykształcenie, przyzwoite warunki pracy i zdrowe środowisko naturalne. Zasadnicze tezy "nowego liberalizmu" zostały oficjalnie zaakceptowane przez brytyjską Partię Liberalną, łącznie z jej skrzydłem konserwatywnym reprezentowanym przez Winstona Churchilla.

Europa kontynentalna poszła jeszcze dalej w tym kierunku: największy filozof włoskiego liberalizmu, Benedetto Croce, twierdził nawet (w roku 1922), że gospodarczy leseferyzm nigdy nie był częścią autentycznej tradycji liberalnej i że trzeba go określać odrębną nazwą "liberyzm".

Ewolucja ta kontynuowana była w latach powojennych. Isaiah Berlin, nazywany czasem najwybitniejszym myślicielem liberalnym XX-wiecznej Anglii, w kwestii wolności obstawał wprawdzie (w odróżnieniu od Greena) za wolnością negatywną, ale podkreślał zarazem, że wolność nie zawsze może być wartością nadrzędną; że ze względów społecznych trzeba uzupełniać ją i ograniczać przez inne wartości. John Rawls, największy autorytet liberalizmu amerykańskiego, za główny problem współczesnego liberalizmu uznał nie wolność rynku, lecz kwestię sprawiedliwości. Za jej kryterium uważał "maksymalizację społecznego minimum", czyli tolerowanie nierówności społecznych tylko wtedy, gdy ich istnienie podnosi poziom gwarantowanego minimum socjalnego. Równało się to zakazowi powiększania nierówności kosztem najuboższych, czyli tego, co dokonane zostało u nas w imię liberalnej modernizacji.

Tradycję liberalizmu ściśle ekonomicznego, zaciekle broniącego absolutnej wolności rynku, podtrzymywał, jak wiadomo, Friedrich von Hayek, który przez trzy dekady miał z tego powodu reputację myśliciela anachronicznego, skłóconego z duchem swych czasów. Zaczęło się to zmieniać w połowie lat 70., czyli w okresie największej popularności Rawlsa. Triumfalny powrót Hayeka nastąpił w czasach konserwatywnej rewolucji Ronalda Reagana i Margaret Thatcher. Hayek stał się wówczas głównym autorytetem intelektualnym tzw. neoliberalizmu. Nurtu tego nie wolno jednak utożsamiać z liberalizmem jako takim. Neoliberalizm jest tylko przejściowym trendem myśli liberalnej, ściśle związanym z określoną sytuacją historyczną (upadek radzieckiego komunizmu) i przynależnym "nowej prawicy". Liberalizm natomiast jest wielką tradycją całego Zachodu legitymizującą współczesne ustroje liberalno-demokratyczne.

W ostatnich wyborach parlamentarnych w Polsce nie było już atutem powoływanie się na liberalizm. Przeciwnie, unikali tego słowa nawet politycy PO, wciąż bardzo elokwentni w krytyce nazbyt "socjalnego", ich zdaniem, modelu europejskiego. Politycy PiS natomiast trafnie rozpoznali potrzebę obrony ofiar terapii szokowej, a więc ludzi, którym liberalizm jawił się jako ideologiczne uzasadnienie "prawa silniejszego". Przed lewicowymi liberałami postawiło to trudny problem: czy nie należało poprzeć PiS-owskiego hasła solidarności ze słabszymi?

Był to jednak problem hipotetyczny raczej niż realny. Mgliste obietnice socjalne PiS łączyły się przecież z wyrazistym programem budowy państwowości nieliberalnej, zapowiadającej konsekwentną i pozasądową lustrację oraz rozszerzenie zakresu politycznej kontroli przez konstytucyjne umocowanie prerogatyw IPN, skrajnie upolitycznione sejmowe komisje śledcze, ekstremizm antyaborcyjny oraz rzecz jasna - odpowiednie wzmocnienie uprawnień władzy wykonawczej. Ideologicznego poparcia dla tych autorytarnych pomysłów dostarczał skrajnie prawicowy wariant narodowego katolicyzmu, zręcznie sterowany przez radio ks. Rydzyka. W tych warunkach pozostawał więc tylko wybór "mniejszego zła".

Nie jest wcale pewne, czy za to "mniejsze zło" uważać można Platformę Obywatelską. Partia ta głosi wszak program bardzo podobny do programu PiS, opowiada się nawet za niekonstytucyjną ustawą o lustracji, a liberalizm redukuje, jak niemal wszyscy w Polsce, do liberalizmu ekonomicznego. Ale mimo to istnieje argument na rzecz udzielenia jej warunkowego poparcia. PO zachowała bowiem więź z europejską tradycją liberalną; niektórzy przynajmniej sympatycy PO widzą w tej tradycji wspólną instancję odwoławczą, w ramach której liberalna prawica może sensownie spierać się z liberalną lewicą. By jednak zrealizować tę możliwość, PO musiałaby przesunąć się ku liberalnemu centrum i przełamać opory przed współdziałaniem z lewicą. Niestety wiele przemawia za tym, że jest to niemożliwe. W takim wypadku lewica liberalna musi nastawić się na długofalową pracę organiczną w dziedzinie kultury i myśli politycznej.

Andrzej Walicki

p

*Andrzej Walicki, ur. 1930, historyk idei, filozof, publicysta, obecnie profesor w Notre Dame University (USA). Wykładał także m.in. w Oksfordzie. Wybitny znawca historii polskiej i rosyjskiej myśli politycznej (tłumaczył i wydawał m.in. dzieła A. Hercena, W. Bielinskiego i M. Czernyszewskiego), zajmuje się także dziejami marksizmu, nacjonalizmu i liberalizmu. Opublikował m.in. książki: "Stanisław Brzozowski - drogi myśli" (1977), "Philosophy and Romantic Nationalism. The Case of Poland" (1994), "Filozofia prawa rosyjskiego liberalizmu" (1995), "Marksizm i skok do królestwa wolności" (1996), "Idea narodu w polskiej myśli oświeceniowej" (2000) oraz ostatnio "Mesjanizm Adama Mickiewicza w perspektywie porównawczej" (2006). Niniejszy tekst oraz rozmowa z Andrzejem Walickim stanowiły część spotkania z cyklu "Linie podziału. Co nas dzieli? Co nas łączy? Po której stronie jesteśmy?" zorganizowanego przez "Krytykę Polityczną" i TR Warszawa.