Jechał jak szaleniec. Nie zatrzymywał się na światłach. Nie zahamował nawet wtedy, gdy stracił jedno koło. 36-letni pirat drogowy pędził ulicami Warszawy pod wpływem kokainy. Wydawało mu się, że... ktoś chce go porwać.
To nie historia z amerykańskiej autostrady, a z warszawskich ulic, którymi wczoraj wieczorem radiowozy goniły szaleńca w renault. Mężczyzna gnał na oślep i nie reagował na sygnały, które dawała mu policja. W pewnej chwili wjechał na chodnik. Odpadło mu koło. A on i tak popędził dalej. Na koniec uderzył w zaparkowanego fiata punto.
Odurzony narkotykami kierowca wydostał się z auta i pobiegł... prosto do śródmiejskiej komendy policji. Tam wykrzyczał zdumionemu mundurowemu, że musi go ratować przed porywaczami. Był przekonany, że porywaczami są ścigający go policjanci.
Mężczyzna skończył w policyjnym areszcie. Odpowie za jazdę po kokainie. Grożą mu dwa lata więzienia.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl