Na zdjęciach z bankowych kamer widać, jak w środku dnia pod budynek podjeżdża bus, wysiada z niego mężczyzna i z rozmachem wylewa kolejno cztery wiadra brązowej cieczy na białe ściany. Gnojowica brudzi elewację śmierdzącą na sto metrów plamą. Do tej pory, mimo czyszczenia, na murze banku widać ciemne cuchnące zacieki.
"To bank, który mnie okradł! Wylałem gnojówkę, bo co mi innego pozostało?" - przedsiębiorca Wiktor Juzwiszyn nie może opanować wściekłości.
Mężczyzna pięć lat temu zaciągnął w Banku Spółdzielczym pożyczkę na kupno dwóch stacji benzynowych. Kiedy przestał spłacać kredyt, bank błyskawicznie skorzystał z jednego z paragrafów umowy. Zażądał natychmiastowej spłaty całości zadłużenia, łącznie z odsetkami, czyli około 2,3 mln złotych. Stacje jeszcze nie działają i nie przynoszą dochodów.
Przedstawiciele banku są nieustępliwi, ale zapewniają, że są otwarci na rozmowę z dłużnikiem. "Po tym wszystkim pan Juzwiszyn stracił dla nas wiarygodność. Musi nam przedstawić realny plan spłaty długu" - mówi Zdzisław Bąk z banku.