"To było jakby ktoś mi gwóźdź w ciało wbił. Aż przykucnęłem z bólu. Zauważyłem, jak w trawie wije się żmija. Capnęła mnie i wgryzła się w kostkę" - mówi pan Zenon. Rolnik zaczął kopać gada drugą nogą, ale to nic nie dało. Żmija atakowała z jeszcze większą furią.
Wystraszony mężczyzna jak mógł najszybciej, na jednej nodze, pokuśtykał do domu i zaalarmował rodzinę. Natychmiast zadzwonił po pogotowie, bo czuł, jak powoli uchodziło z niego życie. Jego lewa noga puchła w oczach, robiła się ciemna, sztywna - pisze "Fakt".
Zwijającego się z bólu rolnika pogotowie zawiozło do najbliższego, sieradzkiego szpitala. Tam jednak nie można było mu pomóc. W placówce nie było ani jednej ampułki z surowicą, a czas naglił.
Bo od chwili ukąszenia trzeba w ciągu trzech godzin podać odtrutkę. Inaczej dochodzi do zakażenia całego organizmu i śmierci. Karetka na sygnale pognała do Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi. Tam znalazła się życiodajna surowica. "Miałem dużo szczęścia" - stwierdził Zenon Wawrzyniak.
"Gdy ugryzie nas żmija, trzeba działać szybko. Przemyć miejsce ukąszenia, unieruchomić poszkodowaną osobę, założyć opaskę uciskową powyżej miejsca ukąszenia. No i oczywiście czym prędzej dzwonić po pogotowie. W żadnym wypadku nie wolno nacinać miejsca ukąszenia i wysysać jadu" - radzi w "Fakcie" dr Beata Szadkowska-Opasiak, lekarz rodzinny z Łodzi.