Dziennik Gazeta Prawana logo

Zajmą się trucizną przy polskiej granicy

13 października 2007, 16:18
Ten tekst przeczytasz w 1 minutę
Trzeba działać, żeby nie doszło do tragedii! Tak twierdzi poseł PSL Jan Bury, który zainteresował się tekstem w "Fakcie" o grożącej południowo-wschodniej Polsce katastrofie ekologicznej. Zamierza interweniować u samego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, by ten wpłynął na władze Ukrainy i zmusił je do likwidacji niebezpiecznego składowiska pestycydów, znajdującego się przy naszej granicy.

Najpierw jednak Bury, poseł z okręgu rzeszowskiego, chce zawiadomić o zagrożeniu lokalne starostwa. Bury pochodzi z Przeworska, a to ledwie 100 kilometrów od ukraińskich Sianek. Właśnie z Sianek, maleńkiej miejscowości na polsko-ukraińskiej granicy, mogą dostać się do Polski niezwykle toksyczne i groźne substancje.

Stoi tam kilkanaście zbiorników wypełnionych pestycydami - między innymi prawdopodobnie środkiem DDT, używanym w latach 60. do zwalczania szkodników w rolnictwie. Przez szczeliny w ich ścianach strugami wypływa czarna jak smoła, śmierdząca ciecz. Jeśli wielkie silosy zawalą się, toksyna dostanie się do rzeki San i dojdzie do katastrofy ekologicznej. Zagrożone będzie życie i zdrowie mieszkańców Podkarpacia.

"To rzeczywiście bardzo groźne, natychmiast się tym zajmę" - bije na alarm Jan Bury. "Poproszę, by starostowie powiatów sąsiadujących z Ukrainą zrobili rozpoznanie, poproszę o reakcję wojewodę i wyślę list do prezydenta Lecha Kaczyńskiego" - dodaje Bury. Czasu jest coraz mniej. Już teraz ekolodzy rejestrują ślady środka DDT w rzece San.

"Znaleliśmy te pestycydy z Sianek w wodzie" - potwierdza Łukasz Supergan z organizacji Greenpeace Polska.
Coraz bardziej przerażeni są mieszkańcy tamtych rejonów. "Z Ukrainy to same problemy. Po tamtej stronie granicy strzelają do jeleni, żubrów i saren. A teraz jeszcze to..." - łapie się za głowę pan Staszek z Tarnawy.

"To nie do pomyślenia, żeby w tym wieku coś takiego miało miejsce. Przecież są jakieś służby ochrony środowiska na Ukrainie, więc nie mieści mi się w głowie, jak to jest możliwe. Nasze władze powinny zareagować" - mówi Zdzisława Łojek z Rzeszowa.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj