Na miejscu nadal pracuje ponad 40 strażaków z 15 zastępów. Ich działania polegają głównie na przetrząsaniu i przelewaniu spalonych materiałów; może to potrwać jeszcze kilkanaście godzin - powiedział PAP oficer prasowy bytomskiej straży pożarnej młodszy ogniomistrz Wojciech Krawczyk.

Jak mówią strażacy, tego typu prace są zwykle bardzo żmudne i czasochłonne. Z wysokich stosów spalonych tekstyliów i tworzyw sztucznych ładowarki wyrywają mniejsze fragmenty, które następnie są przelewane wodą, by utraciły skumulowaną wewnątrz temperaturę. Może się zdarzyć, że gdy żarzące się elementy otrzymują dopływ powietrza, pojawia się ogień, wymagający dogaszenia.

Pożar wybuchł w sobotę po południu w na terenie dawnej fabryki ceramiki budowlanej przy ulicy Łokietka w Bytomiu, w dzielnicy Stroszek. Pod zadaszeniem były tam składowane odpady tekstylne, spakowane w worki z tworzyw sztucznych i ułożone w wysokie na 5-8 metrów sterty. Ogień objął powierzchnię o wymiarach 30 na 50 metrów.

Jak poinformował mł. ogniomistrz Wojciech Krawczyk, w sobotę w akcji gaśniczej uczestniczyło w sumie 87 strażaków z 31 zastępów zawodowej i ochotniczej straży pożarnej. Ratownicy gasili pożar wodą; pracowali w bardzo wysokiej temperaturze i w warunkach silnego zadymienia - słup gęstego, czarnego dymu widać było z wielu kilometrów. W sobotę wieczorem pożar został opanowany.

Według informacji straży pożarnej, pożar nie stanowił zagrożenia dla okolicznych zabudowań i mieszkańców, nie było też potrzeby ewakuacji. Zanieczyszczenie powietrza było na bieżąco monitorowane przez strażaków z jednostki ratownictwa chemiczno-ekologicznego, którzy potwierdzili, że wśród płonących odpadów nie było toksycznych materiałów.

Prezydent Bytomia Mariusz Wołosz, który wraz ze swoimi zastępcami przyjechał na miejsce pożaru, poinformował, że decyzja zezwalająca na składowanie tam odpadów została cofnięta ponad miesiąc temu, a firma była zobowiązana do uprzątnięcia zgromadzonych na terenie dawnej fabryki szmat. Sprawą zajmuje się policja.