Giedroyc mówił, że Polacy są prawicowym społeczeństwem, którym rządzą lewicowe elity. I tak było przez niemal cały XX wiek. Ale już nie jest. Nie dlatego, że coraz częściej wygrywa prawica, czyli - wedle logiki Giedroycia - społeczeństwo. Zmiana dotyczy również elit. Otóż niezauważenie dla innych i dla samych siebie elity przestały być lewicowe. Nie dostrzega się tego, bo ta zmiana nie była nagła, nie miała charakteru konwersji. Po prostu stare przekonania powoli się wypaliły.

Jeszcze kilka dekad temu polskie elity - jeśli przez elity rozumieć połączenie wiedzy i wpływu na życie publiczne - były albo komunistyczne, albo rewizjonistyczne, albo socjalistyczne, albo wreszcie sentymentalno-anarchistyczne. Owszem, gdzieś tam żyli sobie Kisielewski, Hertz czy Kubiak, jednak to nie katolicka inteligencja nadawała ton życiu intelektualnemu. To była epoka Klubu Krzywego Koła, KOR-u, a z drugiej strony "Polityki". Nawet czołowymi antykomunistami byli niedawni komuniści Andrzejewski czy Kołakowski. Ich ideowa tożsamość rozpościerała się od KPP do PPS, ich literacka wrażliwość od Broniewskiego po Żeromskiego. Mało kto nazywał wówczas siebie lewicą, jednak bodaj żaden z wyznawanych przez elitę poglądów nie wychodził poza lewicowy horyzont. Zresztą lewicowość nie była w ogóle poglądem, czymś, co można przyjąć lub odrzucić, była jedyną znaną rzeczywistością. Czymś naturalnym.

Może właśnie dlatego, że ta lewicowość sama siebie jako lewicowości nie definiowała, trwała dłużej. I była silniejsza niż bardziej wyraziste idee, które na tym z pozoru przezroczystym tle stawały się natychmiast "kontrowersyjne". Choć KOR współtworzyli Dorn i Naimski, to jednak ton nadawali mu Lipski, Kuroń i Michnik. Choć "Solidarność" była wielonurtowa, to Geremek, Lityński czy Frasyniuk mieli na nią większy wpływ niż Hall i Stelmachowski.

Ta niewyrazista lewicowość przetrwała 1989 rok. Przetrwała z dwóch powodów. Po pierwsze, choć wciąż można ją było opisać za pomocą paru znanych nazwisk czy tytułów prasowych, to ideowo stawała się coraz bardziej pusta, niczego już od elit nie wymagała. Pozwalała lubić i robotników, i rynek. Kuronia i Balcerowicza. Albo nie lubić ani jednego, ani drugiego. Po drugie tę lewicowość sztucznie podtrzymała przy życiu wojna na górze. Która spór polityczny zdefiniowała jako problem: kto ma historyczny mandat do rządzenia wolną Polską. Czy ludzie prawicy, nieskalani kolaboracją z ideami lewicy, czy ludzie lewicy, którzy choć popełniali błędy, to jednak żarliwie walczyli o lepszą Polskę. Konsekwentnie powtarzam: ludzie lewicy, a nie lewicowe idee, bo w międzyczasie ideowa treść tej inteligenckiej lewicowości do końca się rozpłynęła. Elity, które kiedyś opowiedziały się po stronie Gałczyńskiego, Iwaszkiewicza, Krońskiego, później przyzwoliły na Kwaśniewskiego, Millera i Oleksego. To przedłużyło życie wtórnemu w istocie konfliktowi i przesłoniło fakt, że tak naprawdę owe elity coraz wyraźniej odchodzą od lewicowości. Owszem nie lubią prawicy, ale na tym koniec. Nie są nawet liberalne, są po prostu aideowe, indyferentne. Potrafią się zjeżyć na PiS, potrafią się burzyć w sprawie lustracji, jednak to, co ważne było dla Żeromskiego, Lipskiego czy Kuronia, dla nich jest stęchlizną. Tradycją, do której sami nigdy nie sięgają. Której nie cytują. W którą nie wierzą.

Wielu prawicowych publicystów nadal podtrzymuje mit rzekomo dominującej w Polsce lewicowej elity. Która czyta do poduszki Różę Luxemburg i Żiżka, która nieustannie fascynuje się majem 1968 roku i chciałaby bezrobotnym rozdawać zupę. Sęk w tym, że takich ludzi już nie ma. Bo byśmy ich widzieli i słyszeli.

Tymczasem jest Sierakowski, Żakowski, jest kilka osób z "Trybuny". Na tym koniec. Zresztą wystarczy spojrzeć na polityczne sympatie owej "lewicowej" elity. Większość z nich i tak ostatecznie głosuje na Olejniczaka lub Tuska.

Robert Krasowski