"Boże, ten wielki odkurzacz mógł mnie zabić" - wyznaje "Faktowi" jeden z trzech rannych w tym wypadku, Leszek Żyłkowski. Mężczyzna z urazem kręgosłupa trafił do szpitala.

Na ten dzień rodzina Żyłkowskich czekała od dobrych kilku tygodni. W Białymstoku została właśnie otwarta galeria handlowa. Pan Leszek zapakował żonę i córkę do samochodu i z rodzinnej wsi Halickie ruszył na wielkie zakupy do miasta.

"Obkupiliśmy się i zadowoleni zamierzaliśmy już wracać domu. A że auto zostawiliśmy w garażu na najniższym poziomie galerii, zjeżdżaliśmy tam ruchomym chodnikiem. Razem z nami mnóstwo innych ludzi, bo tłok był straszny" - opowiada "Faktowi" pan Leszek.

Jeden z pracowników serwisu sprzątającego próbował wdrapać się na maszynę czyszczącą. Zrobił to jednak tak nieudolnie, że potoczyła się ona w dół po ruchomym chodniku. Prosto na tłum klientów. Sprzątacz zdążył jeszcze krzyknąć: "Ludzie, uciekajcie!". Wybuchła panika.

"Poczułem przeszywający ból w plecach, a potem odkurzacz przygniótł mnie do barierki. Sekundę później maszyna trzasnęła w moją żonę, która ma stłuczoną rękę. Uderzyła też córeczkę, na szczęście lekko. Boże, aż strach pomyśleć, co by było, gdyby najechała prosto na moje dziecko" - mówi przejęty pan Leszek, który trafił do białostockiego szpitala. Jego żona i córka po opatrzeniu ran wróciły do domu - pisze "Fakt".

"W tym wypadku zawinił człowiek. Pracownik serwisu powinien zaczekać, aż wszyscy ludzie zjadą na dół" - wyjaśnia Rafał Gradkowski, rzecznik galerii.

A Żyłkowscy zastanawiają się poważnie, czy nie zrobić już reszty świątecznych zakupów w małym, wiejskim sklepiku.

"Tam przynajmniej żadne wielkie odkurzacze nie taranują ludzi" - śmieje się pan Leszek.