Jeszcze w lipcu Paszke samotnie pokonał Atlantyk. A później wraz z załogą odprowadził jacht do Szwecji, by dokonać kilku napraw i przeróbek.

I wtedy właśnie zaczęły się kłopoty. Bioton bowiem zrezygnował z finansowania podróży dookoła świata. Paszke został więc z jachtem wartym około 7 mln zł. "Ta łódź ma liny za 40 tys. euro, główny żagiel z najwytrzymalszych materiałów za 85 tys. euro. Same kabestany, służące do wybierania szotów, warte są tyle co mieszkanie w Warszawie (500 tys. zł)" - pisze "Newsweek".

Kiedy Paszke przestał płacić za postój w Szwecji, jacht został opieczętowany przez komornika i stracił miejsce w namiocie chroniącym go przed mrozem i deszczem. Gdyby został pod gołym niebem na całą zimę, kadłuby uległyby zniszczeniu.

"Sytuacja była dramatyczna. Pożyczyłem pieniądze pod zastaw mieszkania i wysłałem do stoczni. Najwyżej stracę mieszkanie" - mówi "Newsweekowi" Paszke. "Teraz jadę z załogą zabezpieczyć łódź na zimę. Zbyt dużo pracy kosztowała nas budowa tego jachtu, by teraz odpuścić. Zaczynam szukać nowego sponsora. Z marzeń nie rezygnuję, bo ten rejs to całe moje życie" - mówi Paszke.

Tymczasem jego rywal Francis Joyon już trzeci tydzień pruje fale trimaranem IDEC z tym samym zamiarem, z którym nosił się nasz kapitan: pobić rekord Ellen MacArthur (71 dni, 14 godzin, 18 minut i 33 sekundy). Na razie Francuz ma 2 dni przewagi nad słynną Brytyjką.