Porywacze udawali turystów Inne
Szymonek N. był więziony w pensjonacie pod Ojcowem Inne

"Mój Boże! Ja myślałam, że to małżeństwo turystów z dzieckiem po długiej wycieczce w górach przyjechali do mnie na nocleg, bo ten chłopczyk był taki wymęczony i senny" – mówi "Faktowi" pani Barbara prowadząca pensjonat w Ojcowie. To w jednym z jej pokoi w weekend był więziony 8-letni Szymonek N. Dziecko zabrali matce Magdalena i jej mąż Mariusz B. jako zastaw za rzekomy dług - 250 tys. zł którego nie spłacił nieżyjący ojciec Szymonka.

O tej historii "Fakt" pisał wczoraj. Policjanci uwolnili z rąk szantażystów 8-letniego chłopczyka. Szymonek - a nie Rafałek, jak dla dobra sprawy zmienili mu imię nasi informatorzy – został wzięty jako zastaw za dług. Mama chłopca oddała dziecko Magdalenie B. i jej mężowi, którzy zgłosili się do niej po spłatę rzekomego długu.

Jej zmarły przed kilkoma miesiącami mąż był im rzekomo winny ćwierć miliona złotych. Dziś "Fakt" dotarł do wstrząsających szczegółów porwania. Okazuje się, że Szymonek był więziony w pensjonacie pod Ojcowem. U kobiety, która nie miała pojęcia, że para, która go przywiozła, to bezwzględni porywacze.

"Zapukali do mnie w niedzielny wieczór i powiedzieli, że szukają noclegu" - mówi Barbara Krzemień. Kobiety w sumie to nie zdziwiło, bo często turyści wynajmują u niej pokój. Najpierw sądzą, że wycieczka po Ojcowie będzie dla nich fraszką, a po kilku godzinach są wykończeni. "Oni wynajęli pokój na poddaszu. A ponieważ miałam wolne, to nie widziałam w tym nic niezwykłego... Pamiętam tylko, że co chwila patrzyli w okno. Wtedy myślałam, że podoba im się widok..." - dodaje.

Szymonek był skrajnie wyczerpany. Niemal słaniał się na nogach, gdy gospodyni pokazywała porywaczom ich pokój i pensjonat. "Był bardzo słabiutki i taki grzeczny" - opowiada reporterom "Faktu" właścicielka pensjonatu. "Od razu zabrał swoją kołderkę i ułożył się do snu. Myślałam, że on jest zmęczony kilkugodzinną wycieczką, że cały ranek i dzień chodził po górach. Boże, gdybym tylko wiedziała, gdybym wiedziała..." - mówi.

Reklama

Chłopczyk nie próbował uciekać porywaczom i nie krzyczał, bo nawet nie wiedział, że znalazł się w rękach bandytów. Wcześniej jego własna mata, z zaciśniętym gardłem i z rozpaczą w oczach wytłumaczyła mu, że jedzie na ferie. Przez kilka godzin przewożony był z miejsca na miejsce. Dopiero w niedzielę ok. godziny 19 trafił do pensjonatu, gdzie został uwolniony przez policjantów. Śledczy tropili Szymonka i bandytów całym Krakowie, ale szybko udało im się trafić do pensjonatu pani Barbary.

Ona sama nie potrafi zrozumieć perfidii kidnaperów. "Sama mam dzieci. Gdyby ktokolwiek je skrzywdził, to serce pękłoby mi na pół." -szepcze kobieta.

Porywacze na szczęście nie skrzywdzą już nikogo. Decyzją sądu, oboje zostali aresztowani. Odetchnęła też sama pani Barbara Krzemień.