Kilka dni po wyborach, plac zabaw u zbiegu alei Niepodległości i ulicy Odyńca w Warszawie. Pogoda dopisuje, dzieci bawią się pod okiem dorosłych, którzy dyskutują. Pada sakramentalne: Na kogo pani głosowała? – – odzywa się pani, babcia dwojga biegających obok wnucząt. Z sąsiedniej ławki błyskawicznie podnosi się para kobiet i zabiera swoje pociechy w głąb jordanka. –– rzuca na odchodnym jedna z nich.
Doktor Heleny Chmielewskiej-Szlajfer, socjolożki z Akademii Koźmińskiego, takie emocje w przestrzeni publicznej nie dziwią, bo politycy nie robią nic, by nastroje pełne wrogości i animozji wygasić. – – ocenia dr Chmielewska-Szlajfer.
– – potwierdza dr Leszek Mellibruda, psycholog społeczny. Chyba że – jak zaznacza – zaczniemy nad sobą panować i przestaniemy uważać emocje za uniwersalną wymówkę: bo on coś powiedział, sprowokował i nie mogłem się powstrzymać. Mellibruda tłumaczy, że w każdej emocji jest czynnik umysłowy. I odwrotnie – zanim pojawi się emocja, jest napięcie, czyli stan umysłu. Zamiast reagować na pieniaczy, lepiej jest obserwować ich otoczenie. To nie jest przejaw wycofania się, ale swoistej odwagi. Jak twierdzi Mellibruda, badacze zajmujący się analizą traumatycznych wydarzeń już dawno zauważyli, że świadkowie zachowują się według pewnych reguł. Jeśli znajdzie się jeden opanowany człowiek, który zacznie udzielać pomocy osobie pokrzywdzonej, ofierze napaści słownej czy pobicia, to znieczulica innych błyskawicznie zmaleje. Mellibruda nazywa taką osobę liderem pozytywnych reakcji. – – mówi psycholog. I dodaje, że sprzyja temu niejasny przekaz idący z góry (czyli polityków rządzących) i z mediów. – .