Tylko po co Federalnej Służbie Bezpieczeństwa kawał lodowej pustyni, zamieszkanej przez polarne niedźwiedzie i foki? Chodzi oczywiście o pieniądze. A dostęp do bogactw naturalnych, które kryją lody Arktyki, może przynieść fortunę. 90 mld baryłek ropy naftowej, 50 bln metrów sześciennych gazu ziemnego, do tego kolosalne złoża metali szlachetnych. "To 25 proc. światowych zasobów surowców energetycznych" - szacuje w rozmowie z DZIENNIKIEM szef Arktycznego Instytutu Ameryki Północnej Benoit Beauchamp. Takie liczby rozpalają wyobraźnię zasiadających w wielu politycznych gabinetach na północnej półkuli.
Do niedawna o wydobyciu tych skarbów nikt nie myślał poważnie - wieczna zmarzlina powoduje, że koszty eksploatacji są zbyt wysokie. Teraz jednak klimat się ociepla, od 1979 r. powierzchnia lodu pokrywającego Arktykę zmniejszyła się o 1/4. Rocznie topnieje zatem obszar wielkości Bułgarii. A im mniejsza pokrywa lodowa, tym większe zainteresowanie podbojem północy. "To wcześniej czy później musi wywołać konflikty. Dlatego z radością patrzymy na coraz większe zainteresowanie NATO Arktyką, które ochroni wydobycie tych bogactw" - mówi nam Per Berthelsen, lider grenlandzkiej partii Demokraci.
Wojna na flagi
Surowce niemal same powoli wychodzą na powierzchnię. Problem polega na tym, że nie wiadomo, kto ma prawo z nich korzystać. Bo choć - jak wskazuje Beauchamp - część zasobów znajduje się w obrębie uznanych granic (Syberia, Alaska, Grenlandia), to znaczna ich część pozostaje w strefie niczyjej, np. na tzw. grzbiecie Łomonosowa. "Naszym celem jest udowodnienie, że cały szelf aż do bieguna północnego należy do nas" - mówił w lecie 2007 r. szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow. Aby dopiąć swego, Moskwa zorganizowała kosztem 100 mln rubli (czyli 10,5 mln zł) ekspedycję pod kryptonimem "Arktika 2007". Na jej czele stanął znany polarnik i wiceszef Dumy Państwowej Artur Czilingarow.
Dokładnie 2 sierpnia o 10.08 polskiego czasu batyskaf "Mir-1" zszedł na dno pod biegunem. Aby podkreślić rangę wydarzenia, ekipa Czilingarowa zatknęła na dnie flagę Federacji Rosyjskiej, a także flagę... kremlowskiej partii Jedna Rosja. Najwyraźniej polarnicy nie mogli się zdecydować, który z tytanowych sztandarów jest bliższy ich sercu.
Świat nie zwlekał z reakcją. Nieprzypadkowo najostrzejsza krytyka napłynęła z Ottawy. Ówczesny minister obrony Kanady, niedawno poważny kandydat na szefa NATO Peter MacKay, grzmiał: "Nie można latać sobie po świecie i zatykać flagi. Nie żyjemy w XIV czy XV wieku" - irytował się. I aby nie pozostawić wątpliwości, do kogo należy biegun, dodawał: "Już dawno ustanowiliśmy, że to są kanadyjskie wody i kanadyjska własność".
Rosja i Kanada od dawna próbują sobie nawzajem udowodnić prawo do dna morskiego pod biegunem. Każda ze stron tłumaczy, że jest ono naturalnym przedłużeniem szelfu ich własnych terytoriów. Pierwsza była Ottawa, która w 1925 r. rozciągnęła na najdalszy punkt północy swoją granicę. To samo uczynił zaledwie rok później Związek Sowiecki. Kanadyjskich roszczeń nie uznał nikt. Sowieckie - jedynie Finlandia w traktacie pokojowym po II wojnie światowej. Później własne żądania dopisały też Norwegia, Dania i USA. Jeszcze do niedawna walka o biegun toczyła się jedynie na poziomie deklaracji. Ostatnio w ruch poszła też armia.
"Zmasowana inwazja na Kanadę"
Poszło o malutką Wyspę Hansa między duńską Grenlandią a należącą do Kanady Wyspą Ellesmere’a. Najpierw wokół tego skrawka lądu o długości zaledwie kilkuset metrów zaczęły krążyć okręty wojenne obu krajów. W 2004 r. na wysepce wylądował duński pododdział, wybudował maszt i podniósł flagę królestwa. I choć kanadyjskie media wyśmiały cały incydent, pisząc o "duńskiej zmasowanej inwazji na Kanadę", w Ottawie całą sprawę potraktowano poważnie. Po roku na wyspę udał się oddział kanadyjski. Co zrobiono? Postawiono maszt i flagę z klonowym liściem. "Złożymy stanowczy protest. To duńskie terytorium" - mówił wówczas Peter Taksoe-Jensen z MSZ w Kopenhadze.
I choć całą sprawę można by potraktować z przymrużeniem oka, jak zrobiła to kanadyjska prasa, trzeba pamiętać o praprzyczynie incydentów. Nikt nie bije się o skrawek lądu, na którym żaden człowiek nie zamierza się osiedlać. Jednak zgodnie z prawem międzynarodowym wokół należącej do państwa wyspy można wytyczyć granicę wyłącznej strefy ekonomicznej i swobodnie eksploatować jej zasoby naturalne. A ocieplenie klimatu oznacza w tym przypadku więcej krewetek i ryb, które dziś stanowią podstawę budżetu Grenlandii.
Kanadyjczycy, dostrzegając powagę sytuacji, rozpoczęli intensywne zbrojenia. "W planach jest budowa nowego lodołamacza, arktycznego wojskowego centrum szkoleniowego, a nawet głębokiego portu w Nanisivik na Ziemi Baffina" - tłumaczy DZIENNIKOWI Beauchamp. Nazwa tej ostatniej miejscowości oznacza w używanym przez tamtejszych Eskimosów języku "miejsce, w którym znajduje się różne rzeczy". Ottawa chce tam odnaleźć klucz do panowania nad biegunem.
Rosja rzuca wyzwanie
Własny klucz konstruują jednak także Rosjanie. Według doniesień "Kommiersanta" sprzed paru dni w rejonie powstanie specjalne zgrupowanie wojsk. "Rosja musi ochraniać swoje granice i suwerenność w pełnym zakresie" - mówił występujący tym razem w roli polityka Artur Czilingarow. Po co to wszystko? Moskwa nie owija w bawełnę. Chodzi o to, aby przekształcić Arktykę w "wiodącą strategiczną bazę surowcową Federacji Rosyjskiej".
Rosja otwarcie rzuciła wyzwanie. Oslo, Ottawa i Kopenhaga na razie nabrały wody w usta i odmówiły komentarzy. "To demonstracja siły" - mówi DZIENNIKOWI wiceszef rosyjskiego Centrum Technologii Politycznych Aleksiej Makarkin. Politolog widzi całą rozgrywkę o Arktykę jedynie jako element rywalizacji z USA. "To, na ile ostra ona będzie, zależy wyłącznie od Waszyngtonu" - mówi. Jego zdaniem działania Kanady są co najmniej inspirowane przez Amerykanów. "To kolejny element osaczania Rosji obok działań Zachodu w Gruzji czy na Ukrainie" - dodaje.
Do gry powoli włącza się też kolejny, do tej pory niesamodzielny gracz - Grenlandia. "Jeśli uda nam się uzyskać kontrolę nad zasobami naturalnymi, za 20 - 30 lat będziemy mogli pomyśleć nawet o niepodległości" - mówi nam Per Berthelsen, szef partii Demokraci, która jest znana z ostrożnego podejścia do ewentualnej secesji. Jego zdaniem nadszedł czas, aby świat uznał mieszkańców wyspy za Grenlandczyków, a nie za północnych Duńczyków. Perspektywa dużych pieniędzy wpływa na emancypację 58-tysięcznej wyspy. Według przewidywań ekspertów w ciągu najbliższych kilkunastu lat wzrost dochodów z samych tylko połowów wyrówna straty związane z ewentualną utratą dotacji z Kopenhagi.
Droga północna
Cała sprawa ma jeszcze jeden aspekt - czysto gospodarczy. W październiku 2008 r. odpowiedzialny za rejon arktyczny w rosyjskim MSZ Anton Wasiliew zapowiedział budowę nowych atomowych lodołamaczy. Tak, aby z wodowaniem zdążyć przed stopieniem lodów, bo wtedy możliwe będzie spełnienie wielowiekowych marzeń o północnej drodze morskiej. Jeśli puszczą lody oblewające Kanadę i Alaskę, droga z Japonii do Europy skróci się o 7 tys. kilometrów. Spadną koszty, a zarazem wzrośnie bezpieczeństwo transportu, ponieważ nie będzie już trzeba korzystać z Kanału Sueskiego, a co za tym idzie ustawicznie atakowanych przez piratów wód przybrzeżnych Somalii. "Północna droga morska to jeden z naszych narodowych interesów" - mówił Wasiliew. Perspektywa pozbycia się lodu z portów Archangielska czy Anadyru jest niezwykle obiecująca.
Co bardziej przewidujący biznesmeni już liczą przyszłe zyski. W 1997 r. Pat Broe, amerykański potentat kolejowy, kupił za 7 dolarów zamarznięty port w zamieszanym przez 900 osób miasteczku Churchill w północnej Kanadzie. Jeśli prognozy klimatologów się potwierdzą, za kilkanaście lat - gdy przez trzy kwartały w roku będzie można dopłynąć Oceanem Arktycznym aż do Murmańska - port będzie mu przynosił 100 mln dol. dochodu rocznie. Broe spędza czas na radosnym oczekiwaniu, a w międzyczasie dobudował do Churchill linię kolejową. Tymczasem sami Kanadyjczycy szybko zorientowali się, że transakcja była błędem. Starają się naprawić jego skutki - trwa budowa nowego portu w miasteczku Iqaluit. Koszt? 1,7 mld dol. A i tak się będzie opłacać.