Wiem, do czego pan nawiązuje. Katarski bank QInvest, nie podając żadnych powodów, odmówił zapłacenia w terminie za stocznie w Gdyni i Szczecinie. Właściwie
mnie to nie dziwi. W Katarze biznesy prowadzi się w bardzo wąskim gronie inwestorów podczas zamkniętych spotkań w luksusowych hotelach czy pałacach. Dopóki nie zapadną konkretne decyzje, nikt
o niczym nie wie. Nawet gdy chodzi o wielkie transakcje. O przejęciu strategicznego pakietu akcji Porsche przez Qatar Investment Authority dowiedzieliśmy się z Frankfurtu, od Niemców. A gdy do
transakcji w ogóle nie dochodzi, jak stało się w przypadku polskich stoczni, po prostu nikt się z tego publicznie nie tłumaczy.
Katar to bardzo specyficzny kraj. Jego obywatele stanowią mniej niż 1/3 mieszkańców. Reszta to robotnicy przybyli głównie z Azji Południowej na czasowe kontrakty. Można powiedzieć, że nie
ma biednych Katarczyków. Dochód narodowy na głowę wynosi 100 tysięcy dolarów. Do 300 tysięcy rodowitych mieszkańców naszego państwa należą złoża naturalne, w tym głównie gaz, wielkie
centra finansowe, filie uniwersytetów amerykańskich. Ludzie ci mieszkają za murami pałaców, spotykają się we własnym gronie, nie lubią rozgłosu i z niczego nie muszą się tłumaczyć,
chyba że emirowi. Wszyscy są ze sobą blisko związani, często rodzinnymi więzami. To przekłada się także na sposób robienia biznesu. W Zatoce Perskiej jest on zupełnie inny niż w reszcie
świata. Przepadło 8 milionów euro wadium? Trudno.
Czasy sprzyjają robieniu dobrych interesów przez tych, którzy mają duże pieniądze. A Katar do nich z pewnością należy. Mogą powiedzieć jedno: tylko w ostatnich tygodniach nasz emir, szejk
Hamad bin Khalifa Al-Thani, w trakcie kilku podróży - od Francji po Turcję - zawarł kluczowe umowy biznesowe.
czytaj dalej
Takie spotkania są potrzebne. W Katarze bardzo liczy się bliższe poznanie partnera biznesowego, z którym chce się rozpocząć wspólne przedsięwzięcie. Premier Tusk zrobił więc bardzo
dobrze, wybierając się do Nicei. A przyjęcie go przez katarskiego premiera było znakiem, że jest traktowany jako poważny partner. Lecz zawiódł się, jeśli liczył na to, że pozna konkretne
plany Katarczyków. Wątpię, żeby rozmowy wyszły poza klasyczną kurtuazję. Podejrzewam, że polski premier nawet na kilka godzin przed upłynięciem terminu transakcji nie wiedział, jak się to
wszystko skończy.
Myślę, że inwestorzy mogli mieć obawy przed złamaniem reguł islamu. Mogli podejrzewać, że sprawa prywatyzacji stoczni była splamiona korupcją, a nawet praniem brudnych pieniędzy. Proszę
zrozumieć: Katar jest bardzo religijnym krajem muzułmańskim. Wszyscy, którzy mają jego obywatelstwo, są głęboko wierzącymi wyznawcami islamu. Podstawą wszystkich przepisów jest prawo
szariatu. A wpływy rodziny emira, powiedzmy delikatnie, są bardzo duże. Nikt nie będzie się narażał na zarzut złamania tych zasad.
To prawdopodobne.
Wierzę, że tym razem do porozumienia dojdzie. Z kilku powodów. Przede wszystkim nie lekceważyłbym znaczenia, jakie Polska przywiązuje do inwestorów z Zatoki Perskiej. Katarczycy odczuwają,
że w przeciwieństwie do krajów Zachodu w Polsce ludzie darzą ich sympatią. A to się liczy. Drugim powodem są szerokie plany rozwoju eksportu skroplonego gazu. Emir chce, aby Katar pozostał tu
absolutnym światowym liderem. W ciągu 5 lat, do 2014 roku, możliwości sprzedaży surowca za granicę mają się niemal podwoić. Lecz by to było możliwe, potrzebujemy specjalnych statków do
przewożenia gazu LNG. Na razie kupujemy je od obcych armatorów, przede wszystkim południowokoreańskich, jak Samsug. Katar właśnie nabył pierwszy gazowiec Q-Max, wyposażony w najnowsze, bardzo
ograniczające koszty transportu rozwiązania. Ale w przyszłości zapewne będzie chciał mieć własne stocznie do produkcji takich statków. Zakłady w Gdyni i Szczecinie mogą spełniać taką
rolę. Jest wreszcie trzeci powód. Dziś w czasie kryzysu wszystko można kupić za bardzo atrakcyjną cenę. I za dwa, trzy lata sprzedać za znacznym zyskiem. Katar, jako jeden z nielicznych
krajów, ma dziś na to środki. Tutejsi biznesmeni byliby głupi, gdyby nie rozważali takiej opcji.
czytaj dalej
Najpoważniejszy, jaki może być.
Powiedzmy, że do rządu.
Powiedzmy, że bezpośrednio nie.
Wystarczy spojrzeć, jakich w ostatnim czasie dokonywał transakcji. Stał się strategicznym udziałowcem brytyjskiego banku Barclays, szwajcarskiego banku Credit Suisse i brytyjskiego domu
towarowego J. Sainsbury. Ale przede wszystkim, poprzez zakup Porsche, fundusz ten jest dziś trzecim największym inwestorem w koncernie Volkswagen. Polskie stocznie nie byłyby więc wcale w złym
towarzystwie. Dla mnie dobrym znakiem jest już to, że Qatar Investment Authority do dziś nie zdementował zapowiedzi polskich władz, że interesuje się stoczniami.
Tego nie da się wykluczyć. Z pewnością w tej chwili sprawa jest dokładnie badana. Ale powiedzmy sobie szczerze: transakcja dostaw od 2014 roku dla Polski gazu LNG i sprzedaż stoczni są
powiązane. To znak, że państwowy katarski fundusz bardzo poważnie myśli o zakupie obu stoczni. A polski rząd wiele zrobi, aby je sprzedać. Bo przecież dywersyfikacja dostaw gazu dla premiera
Tuska jest priorytetem.
Katar inwestuje dużo, ale mądrze. Już teraz połowa dochodu narodowego jest generowana z innych źródeł niż eksport gazu i ropy. Umowa z Polską może dobrze wpisać się w te plany. A nawet
może być początkiem całej serii inwestycji, które zmierzają do dalszej dywersyfikacji naszej gospodarki. Celem emira jest skoncentrowanie się na ograniczonej liczbie strategicznych koncernów,
w których Katar miałby na tyle duży udział, aby móc wpływać na rozwój biznesu. Teraz jednak polską ofertę badają najlepsi światowi eksperci. I na podstawie ich opinii emir i jego
najbliżsi współpracownicy o wszystkim zdecydują. Do tego czasu nic nie będziemy wiedzieć. Trzeba czekać.
*Leonard Hillary Manickam, szef działu biznesowego "Gulf Times", największego dziennika anglojęzycznego Kataru