Były ksiądz zdradza tajemnice Watykanu
Na początku lat 90. rządząca Tyńcem klika doprowadziła do odejścia bodaj kilkunastu osób, wśród nich mojego brata, jednak dla mnie to nie był odpowiedni moment odejścia - mówi DZIENNIKOWI Maciej Bielawski, były ksiądz.
- Ksiądz odszedł z Kościoła i został Polakiem
- Chopin tylko z flaszki
- Benedykt XVI zakończył karnawał
- Watykan przygotowuje oddziały egzorcystów
- Nycz: Nie wypychajcie Kościoła z życia społeczeństwa
- Ksiądz zapłaci, bo zmonopolizował pogrzeby
- Jeszcze za wcześnie, by typować nowego prymasa
- Dla pieniędzy zamordowali księdza i gosposię
- Surówka z ministra
- Zapłać księdzu, bo Cię wyczyta z ambony
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 2°C max. 23°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
ROBERT MAZUREK: Spowiadałem się kiedyś u benedyktyna o. Macieja Bielawskiego. "Proszę pana" brzmi teraz głupio.
MACIEJ BIELAWSKI: Cóż ja mogę panu powiedzieć? Dla mnie to nie jest kłopotliwe.
Po ponad dwudziestu latach błyskotliwej kariery w instytucjach kościelnych w Rzymie, pan, ceniony teolog i intelektualista, zrzucił habit.
Tak.
Dlaczego?
Między innymi dlatego, że poznałem Rzym na wskroś.
Jasne, po dwudziestu dwóch latach w zakonie dowiedział się pan o papieżu Borgii i zepsutym Watykanie?!
(śmiech) Co innego wiedzieć, a co innego tego doświadczyć, żyć w tym. Dotknęły mnie do żywego rozmaite aspekty życia kościelnego, w pewnym momencie uznałem, że jestem do nich całkowicie
nieprzystawalny, że męczą mnie ci ludzie, ich styl życia.
Przecież mógł pan robić swoje, być teologiem, mnichem, pisarzem, nie bacząc na zepsucie czy absurdy watykańskiej biurokracji.
Tak trochę żyłem, próbowałem to robić i po odejściu z Kolegium Rumuńskiego w Rzymie, którego byłem wicerektorem, wróciłem do benedyktynów. To było bolesne lądowanie, ale trwałem tak
przez pięć lat i funkcjonowałem w obrębie tej struktury całkiem dobrze. Myślałem o zmianie klasztoru, jeździłem z wykładami po Bałkanach, Ukrainie, Indiach. Byłem rzeczywiście
przemęczony, miałem mnóstwo obowiązków i w pewnym momencie pękłem.
Na przemęczenie bierze się odpoczynek.
No i brałem ten odpoczynek. Mimo to przeżywałem kryzys egzystencjalny, filozoficzny.
Sam pan pisze w "Odejściach", że niektórych dotyka kryzys wieku średniego. Może i panu się to przytrafiło?
Bardzo możliwe.
Więc może zamiast leczyć Kościół należało leczyć siebie?
Miałem iść na jakąś terapię? Szukałem pomocy, ale to nie było proste.
Jeden z powodów pańskiego odejścia miał na imię Paola.
To prawda. I co z tego?
Zastanawiam się tylko, na ile to, co mówi pan o Kościele, jest zapisem ówczesnej świadomości, a na ile racjonalizacją pańskiego postępowania?
Posługujemy się słowem i racjonalizujemy nasze przeżycia, bo inaczej nie moglibyśmy rozmawiać.
Więc czy Rzym był taki zły, czy też pana zaczęła pociągać rola męża…
…kochanka, ojca i tak dalej? Na pewno brakowało mi kobiety, domu i kiedy nastąpiło spiętrzenie rozmaitych kryzysów w moim życiu, doszło do tego moje zakochanie się.
Miał pan kłopoty z celibatem?
Zdarzyło mi się odczuwać silne emocje do kobiety, przeżyłem to. Teraz może i nie potrafiłem, ale też i nie chciałem odrzucać tego uczucia.
Byli księża nie lubią tego porównania, ale czy jeśli ja, po dwudziestu latach małżeństwa, znajdę sobie inną, bo - jak piszą owi księża - "Bóg obdarzy mnie
miłością", to będę miał prawo zerwać ślubną obietnicę?
Nie wiem, czy będzie pan miał takie prawo, nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć, ale skądinąd wiem, że takie rzeczy się zdarzają.
Myślę, że wie pan, iż porzucenie rodziny jest czymś złym.
To nie jest tak oczywiste, jak pan mówi, naprawdę nie jest. Znając biografie wielu ludzi, naprawdę nie uważam, że tak łatwo można to ocenić.
Nie potępiam tych ludzi, oni mogą potem dokonać wielu wspaniałych rzeczy, ale generalnie rzucanie rodziny jest czymś złym.
Powiedzmy, że rodzi zło, cierpienie.
Pańskie odejście było traumą?
Tak. Wiązało się z pewnym cierpieniem wewnętrznym, z poczuciem zdradzania czegoś, z niepewnością, czy to dobra decyzja i co nastąpi potem, jak poradzić sobie w normalnym świecie bez
protekcji instytucji.
Pisze pan o poczuciu winy, ale jednocześnie leczy się z niego Heideggerem i Jaspersem.
Nigdy nie czytałem Heideggera.
Pyta pan, za Heideggerem, "czy wina nie jest istotnym znamieniem ludzkiej egzystencji"?
No tak, ale to tylko jeden cytat.
Drugi sposób na leczenie się z poczucia winy to podkreślanie grzechów Kościoła. Tak inteligentny człowiek jak pan szuka usprawiedliwienia w tym, że ludzie Kościoła bywają grzeszni?
Słabe to jest.
To nie jest główny argument, że byłem nagle zgorszony Kościołem. Ja siebie nie od-winiam.
Ma pan poczucie winy?
Mam pewne poczucie winy, bo jeśli ktoś mi zarzuci, że swoim zachowaniem wyrządziłem mu krzywdę, to jestem za to odpowiedzialny i czuję się winny.
Odejście księdza, którego się zna, który był autorytetem, jak choćby ks. Węcławski, bywa dla ludzi bolesne.
Dlatego kiedy ksiądz zastanawia się nad odejściem, to możliwość, że może to kogoś zranić, jest jednym z hamulców. Ja też zastanawiałem się nad tym, miałem myśli, że może lepiej nie
odchodzić, by nie sprawić komuś bólu. Choć nie uważam, że postąpiłem źle, to w książce nie przytaczam żadnych argumentów, że moje odejście było słuszne.
Cała książka jest jednym wielkim argumentem, że nic takiego się nie stało.
Dokonuje pan bardzo daleko posuniętej interpretacji mojej książki i ja się z tym stanowczo nie zgadzam.
O ludziach, których kiedyś bardzo pan cenił, jak biskup profesor Świeżawski, teraz pisze pan z gryzącą ironią.
Przytaczam tylko jeden jego cytat.
Wyrywając go z kontekstu i złośliwie puentując.
To pan tak właśnie robi z moją książką.
Ale to pan tak postępuje z ludźmi i nie jest to przejaw szczególnej dżentelmenerii.
To nie jest temat do rozmowy, rozmawiajmy o czymś poważniejszym! Nie podoba mi się, w jaki sposób mnie pan traktuje i nie pozwolę panu nic opublikować, jeśli dalej będzie pan tak prowadził
tę rozmowę.
Reaguje pan szalenie emocjonalnie…
Bardzo mi przykro, ale to pan mnie atakuje i jest pan niegrzeczny! Rozumie pan? Niegrzeczny. Może ma pan jakiś problem, w każdym razie jest pan niegrzeczny i nie wiem, dlaczego mnie pan
nieustannie atakuje.
Przepraszam bardzo, ale to rozprawianie się z prof. Świeżawskim jest właśnie niegrzeczne. I właśnie pan poucza mnie podniesionym głosem na temat dobrych manier?
Proszę pozwolić sobie wytłumaczyć. Zastanawiałem się, czy kiedykolwiek usłyszałem w instytucjach kościelnych o odejściach i przypomniałem sobie wywód profesora Świeżawskiego, że
ksiądz, który odkrył brak powołania, powinien się modlić, by mu to powołanie zostało dane post factum. I to nazwałem swoistym rozumowaniem, bo znaczyłoby to, że w momencie święceń ten
ktoś nie miał powołania, co jest warunkiem ważności święceń.
Teraz mamy uproszczony, ale jednak wywód teologiczny, ale upieram się, że w książce została z niego tylko szpila wbita w dawnego mistrza.
Bardzo mi przykro, że tak pan to zrozumiał. Mógłbym znaleźć wiele innych, gorszych cytatów z ludzi Kościoła, ale ich nie wyszukiwałem.
Pisze pan o łasce odejścia, może nawet powołaniu do odejścia. Nie jest to forma pocieszania się?
Jeśli ktoś powie, że to kłamstwo, że to niewiarygodne, to nic na to nie poradzę. Szczerze mówiąc, pisałem tę książkę dla siebie, bez zamiaru publikowania jej, chciałem sobie pewne
rzeczy wytłumaczyć.
Książka autoterapeutyczna?
Jest w niej taki wątek. Nie główny, ale pojawia się, to prawda. Nie pisałem autobiografii, bo nie potrafiłbym połączyć wszystkich wątków. Zastanowiłem się, dlaczego nikt nie potrafił
znaleźć języka, którym można byłoby mówić o odejściach, dlaczego nie ma dobrej literatury na ten temat, bo jej szukałem. Ludzie, którym się to przytrafiło, często boją się własnego
cienia.
I pan, jako erudyta, dał im do ręki teologiczne i etyczne argumenty do wytłumaczenia własnych słabości, upadków.
Ale nikt tych argumentów nie porusza, nikt nie pisze takich książek. Nie chciałem pisać o kościelnych skandalach ani o księżach, którym odejście łamie życie. Szukałem biografii
afirmatywnych, bo wydały mi się inteligentne, ciekawe. Uważam też, że w seminariach powinny być prowadzone, i to przez tych, którzy odeszli, spotkania na ten temat, bo to może zdarzyć się
każdemu i ludzie są na to nieprzygotowani.
Kościół mógłby pana zaprosić do seminarium chyba tylko jako "zły przykład". "Patrzcie, drodzy klerycy, jak żyć nie powinniście".
(śmiech) Na tym polega cały tragizm i zakłamanie ludzi Kościoła.
Ale to wy powiedzieliście Kościołowi "nie", zaparliście się go.
Nie zgadzam się z tezą postawioną w pańskim pytaniu. Mówię w swoim imieniu: ja nie zdradziłem Kościoła, nie można powiedzieć, że ktoś zaparł się Kościoła, tylko dlatego, że
przestał być kapłanem.
Rozmowa o odejściach jest trudna, bo zderzają sie tu dwie logiki: wiary i świecka. W tej drugiej sprawa jest jasna - ktoś był w jakiejś instytucji, opuścił ją i koniec. Ale w logice
wiary trudno uciec od mówienia o zdradzie.
To niechże się ta logika zmieni, bo to skrajnie złe podejście, dramatycznie złe! Dobrze, że problem odejścia od kapłaństwa został unaoczniony i Kościół też musi się z nim zmierzyć
inaczej, niż do tej pory to czynił.
Sam pan przywołuje Pawła VI, który porównał odchodzących księży do Judasza.
Nigdy nie powinien wypowiedzieć tych słów. Oceniam to jednoznacznie negatywnie i od strony teologicznej, i ludzkiej. W problemie odejścia zawarte jest przesłanie. Nie chodzi mi o to, że
potrzebne jest jakieś szczególne wychylenie się hierarchii wobec eksów. Nie robię z nich proroków.
W książce wypadają co najmniej na półherosów. Mam czcić faceta tylko dlatego, że przestał być księdzem?
Ależ ja do tego wcale nie namawiam, ale uważam, że zjawisku należałoby poświęcić więcej uwagi, niż dotąd to czyniono.
Oczekujecie od Kościoła…
Ja niczego nie oczekuję!
Ale jako zarzut stawia pan, że Kościół jest ślepy, głuchy i niemy wobec eksów. Tymczasem oni zwykle zrzucają sutannę i odchodzą w siną dal, nikomu nic nie mówiąc. Jaki dialog
prowadzą z instytucją?
Kościół też nie prowadzi z nimi żadnego dialogu.
Zaczyna się od tego, że to oni odchodzą i nie chcą z nikim gadać. A często po odejściu wylewa się z nich fala żółci. Jak ktoś krzyczy "nienawidzę cię, nienawidzę
cię!", to jaki dialog mam z nim prowadzić?
Jasne, że nie ze wszystkimi byłoby to możliwe.
Porozmawiajmy o tym, co było wcześniej. Pańska droga do kapłaństwa nie była prosta.
Miałem pobożnych dziadków i matkę, ale ojciec był przez pewien czas wiceprezydentem Bydgoszczy z ramienia SD. W związku z tym przestałem chodzić na katechezę i gdzieś po kryjomu, w parafii
dziadków, udzielono mi Pierwszej Komunii Świętej. Później, w liceum, zastanawiając się nad sensem życia, poszukując transcendencji, doszedłem do wniosku, że jakiś bóg musi być.
Przeżył pan nawrócenie?
Raczej nazwałbym to olśnieniem, bo nie wiązało się to z jakimiś dramatycznymi zmianami w moim życiu, decyzją przystania do czegoś. Po prostu w pewnym momencie mojego życia pojawił się
wątek religijny, obecności Boga - jakkolwiek to nazwać. Jednocześnie poznałem ludzi związanych z bydgoskimi jezuitami, z oazą, pojechałem z nimi na kilka dni do ośrodka w Suchej i od tego
moment zacząłem ponownie praktykować: chodzić regularnie do kościoła, czytać Biblię, modlić się.
Tak pana to olśniło, że rzucił pan polonistykę i został mnichem.
Zupełnie nie potrafiłem odnaleźć się na studiach. Przeżywałem kryzys młodzieńczy i zacząłem szukać zakonu, do którego mógłbym wstąpić. Myślałem o jezuitach, ale oni byli zbyt
rozpolitykowani, oraz o dominikanach, u których raziła mnie intelektualna pycha. Kiedyś zaczepił mnie jeden z uniwersyteckich profesorów i powiedział, że sam myśli o pójściu do zakonu,
więc zaczęliśmy szukać razem. On był bardzo zaangażowany politycznie, chodził z tą wałęsowską Matką Boską w klapie.
Matka Boska Wałęsowska? Przypominam panu, znawcy ikon, że to była Matka Boska Częstochowska.
(śmiech) Tak, ale w Poznaniu nazywano to wtedy "wałęsówką".
Skąd benedyktyni?
Tyniec był z boku, nie był polityczny, nachalny. Poszedłem do klasztoru, bo interesowała mnie pewnego rodzaju droga duchowa i zastanawiałem się, czy przyjmować święcenia, ale to przyszło
niejako automatycznie. Nigdy nie myślałem, żeby być księdzem, ba, nawet nie wiedziałem, że istnieją diecezjalne seminaria. Śmieszne, ale o ich istnieniu dowiedziałem się dopiero w
klasztorze. Zresztą niemal nigdy nie funkcjonowałem jako ksiądz, duszpasterz, nie miałem ani takiej tożsamości, ani takich doświadczeń. Byłem mnichem, a potem profesorem teologii.
Miał pan powołanie?
Żaden wewnętrzny głos nie mówił mi "masz być księdzem", nie miałem żadnych wizji. Mnie to pociągnęło raczej jako alternatywa życia, droga poszukiwania. Kiedy
przyszedłem do Tyńca, przyznałem się ojcu Adamowi Kozłowskiemu, że nie wiem, jak będzie, na co on mi powiedział: "To zostań, zobaczymy".
I przez te kilka lat formacji zakonnej nie miał pan ochoty odejść? Byłoby łatwiej.
To wcale nie jest tak łatwo. Wbrew pozorom, o wiele łatwiej jest wstąpić niż wystąpić. Miałem rozterki i chciałem, by wydarzyło się coś, co spowodowałoby moje odejście, bo sam w sobie
nie miałem tyle siły, determinacji. Nie czułem się zbyt dobrze, ale trwałem. Ludzie wplątują się czasem w jakieś związki i wiedzą, że to nie to, ale trwają, bo nie mają siły
zrezygnować. A jeśli nie jesteś nieposłuszny, to cię z zakonu nie wyrzucą. Do tego dochodzi utożsamienie się z pełnioną funkcją. Nie znajdujesz też innego pomysłu na życie, więc
tkwisz.
I co, nie odradzał pan młodszemu bratu, kiedy on wstępował do Tyńca?
Nie, miałem ambiwalentne uczucia. Miałem wątpliwości, ale ani go nie namawiałem, ani go nie zniechęcałem. Miło mi było, że będzie bliżej mnie.
Kiedy odchodził po kilku latach, to nie był to dla pana impuls, by zrobić to samo?
To była bardzo skomplikowana sytuacja wewnątrz opactwa. Na początku lat 90. rządząca Tyńcem klika doprowadziła do odejścia bodaj kilkunastu osób, wśród nich mojego brata, jednak dla mnie
to nie był odpowiedni moment.
Halo, przed chwilą opowiadał pan, że tylko czekał na impuls, tak było źle. Proszę bardzo, jest impuls: krzywdzą pańskiego jedynego brata.
Mieliśmy odejść razem?
Nie chodzi o solidarność braterską, ale to był ten bodziec.
Na swój sposób moje odejście wtedy się dokonało, bo nastąpiło moje faktyczne zerwanie z klasztorem. Po moim powrocie ze studiów w Rzymie opat dał mi do zrozumienia, że nie ma dla mnie
miejsca w Tyńcu. Nie wiedząc, co robić, zadzwoniłem do profesora ze studiów w Rzymie i pojechałem do jego klasztoru w Oregonie nad Pacyfikiem. Podobało mi się tam, a profesor mówił:
"Skoro tak daleko Pan Bóg cię przysłał, to znaczy, że to musi mieć sens". I kiedy tak zastanawiałem się, czy się nie zamerykanizować, dostałem list z Watykanu z
nominacją na wicerektora wspomnianego Kolegium Rumuńskiego, które miało przygotowywać księży dla Kościoła greckokatolickiego w Rumunii. Musiałem nauczyć się języka, rytu, tamtej
tradycji, wszystkiego. I wpadłem w kierat, bo ciągle było coś do zrobienia.
A potem pan, pełen wątpliwości, zostaje dyrektorem Instytutu Monastycznego w Rzymie, który zajmuje się badaniem tradycji mniszej?
To wszystko mi się przydarzyło. Nikt nie pytał, czy mam jakiekolwiek kompetencje, by pracować z Rumunami. Ja sobie później te kompetencje wyrobiłem, ale na początku nie miałem żadnych. I
tak samo było z Instytutem Monastycznym - przecież ja w chwili nominacji nawet nie żyłem w klasztorze, ale brakowało profesorów, więc się zgodziłem. Zajmowałem się w Rzymie teologią i
znalazłem sobie pewien modus vivendi.
Tomasz Węcławski potwierdził właśnie, że dokonał apostazji i odszedł z Kościoła. Pan jest katolikiem?
Tak, uważam się za katolika, jestem człowiekiem religijnym.
Co pan robi?
Mieszkam w Weronie. Piszę, tłumaczę, maluję.
Jest pan szczęśliwy?
Jestem szczęśliwszy.
p
Maciej Bielawski, doktor teologii. Przerwał studia polonistyczne na UAM i wstąpił do klasztoru benedyktyńskiego w Tyńcu, gdzie złożył śluby i przyjął święcenia kapłańskie. Absolwent teologii na PAT. Był wicerektorem Papieskiego Kolegium Rumuńskiego w Rzymie, wykładał na uczelniach Rzymu. Przewodził Instytutowi Monastycznemu na benedyktyńskiej uczelni św. Anzelma w Rzymie, gdzie był profesorem nadzwyczajnym. Jan Paweł II mianował go doradcą Papieskiej Kongregacji ds. Kościołów Wschodnich.
W 2004 odszedł z zakonu. Pracuje w wydawnictwie Homini, mieszka w Weronie. Autor kilkunastu książek w językach: polskim, angielskim i włoskim; pisze, tłumaczy, maluje. Ostatnio wydał "Odejścia" (2007) o tym, dlaczego duchowni odchodzą z Kościoła

























~rebis2012-02-27 19:31
Augias Corrado Sekrety Watykanu
~Wojtek2011-09-21 23:07
Ech łza się w oku kręci jak natrafia się na postać sprzed lat. Wielkie pozdro Macieju
~Antywirus2011-07-28 20:29
Chciałabym jeszcze dodać, że katolicki konfesjonał sluży do zawierania znajomości księży z ich ofiarami. Dzięki tylko mojej determinacji nie stałam się nią.. Spowiedż to była gehenna. Wypytywano mnie tylko o SEKS, inne grzechy księży wogole nie obchodziły. Odeszłam z katolicyzmu do ewangelicznego chrześcijaństwa ...i jestem bardzo szczęśliwa!!
~Antywirus2011-07-28 20:18
Bóg z katolickim celibatem nie ma nic wspólnego. On nie jest katolikiem. Celibat został wprowadzony przez papieża Grzegorza VII w 1079r.Jest on przyczybą wielu patologii w Kościele katolickim, rytu rzymskiego.Tej instytucji potrzeba drugiego LUTRA, aby zrobił porzadek.Reformacja oprócz korzyści duchowych przyniosła ludziom dobrobyt/kraje protestanckie to najbogatsze kraje świata/USA, Szwajcaria, ńorwegia, Szwecja, inlandia, Holandia, Dania, Anglia, Kanada...
~Niekatoliczka2011-06-10 14:43
Ten dziennikarz jest szalenie niekompetentny. Podstawowa cecha dobrego dziennikarza to bycie obiektywnym. Ten pan natomiast z góry przekreślił pana Macieja i w każdym pytaniu kpił sobie z niego neimalże. Jest pan Bardzo słąbym dziennikarzyną panie Robercie. Cwaniactwo to nei wszystko, trzeba panu jeszcze madrości zyciowej.
Panie Macieju... życzę Panu wiele szczęścia i siły do walki z takimi jak ów dziennikarz...
Podziwiam Pana, bo jest Pan jednym z niewielu odważnych, ale to dlatego, ze jest Pan człowiekiem rzeczywiscie wykształconym i mądrym. Znam środowisko koscielne też w miarę dobrze jak na osobę świecką i wiem, jakie bagno się w nim kryje... Mam dziecko z księdzem, który niestety okazał się zwykłym draniem i bawidamkiem - zdradzał mnie wręcz nałogowo... i świetnie4 funkcjonuje jako ksiądz, choć mi zniszczył życie. Fakt poinformowania kurii o moim przypasku nieco zahamował jego karierę i to moja jedyna satysfakcja... Niestety takich przypadków jak mój jest wiele, bardzo wiele... a celibat w kosciele to fikcja... Jak cały ten kościół zresztą, który na dłuższą metę u ludzi mądrych i wrażliwych pozostawia jedynie ból i rozgoryczenie...
~Maria2011-02-12 19:57
On nie odszedl od swoich idealow to idealy nie byly takie jakie on chcial aby byly
~Jan2011-02-09 14:49
Jeśli mogę udzielić rady koledze po fachu "Strv", to radzę rozpocząć nowe życie. Odciąć się od dawnych spraw, zmienić myślenie, przestać "babrać" się w tym co minęło.Znaleźć sobie dobrą pracę (niekoniecznie super płatną, ale uczciwą i dającą satysfakcję z dobrze wykonanej roboty. Nie żałować, że kiedyś wiele spraw przychodziło łatwiej i troski były mniejsze. W zamian za to masz wolność, szczerość i masz okazję żyć jak człowiek - zgodnie z naturą. Jeśli doświadczasz miłości do kobiety, to niech ona Ci będzie rekompensatą za zaszczyty i godności kościelne. Zdradą i zgorszeniem się nie przejmuj. Bóg jest zbyt dobry i wielki by traktował ludzi w tych kategoriach. Ludzie natomiast bardziej gorszyłaby Twoja zła postawa, a już napewno posiadanie dóbr materialnych niż Twoje odejście. Znaczna część ludzi również kościoła uważa Cię za normalnego człowieka, może nawet bliższego sobie niż dawniej. Tak dzieje w mojej sytuacji. Od kilkunastu lat jestem w podobnej sytuacji i szczerze przyznam, że cieszę się że udało mi się zmienić myślenie.
~Strv2011-01-23 16:17
A ja niedawno odszedłem, "zdradziłem" mówiąc językiem kościelnym. I próbowałem szukać pomocy u przełożonego. I nic. Nie zamierzam pluć na Kościół, zrywać relacji z Bogiem (choć na nowo muszę ją układać), ale wiem, że ze strony Kościoła spotyka mnie ściana milczenia, dezaprobaty i oczekiwanie, aż przyjdę na kolanach upokorzony. To ludzie świeccy (nie wszyscy) pokrzepiają mnie, życzliwie interesują się moim życiem, próbują pomóc. Kościół milczy. Czuję się jak Judasz, któremu podtykają sznur...
~Donna2010-11-17 13:41
odejście z Kościoła to przeciż nie jest odejście od wiary . Boga można kochać i wypełniać jego przykazania poza instytucją zwaną kościołem. Jestem osobą wierzącą , wiem że Bóg mnie kocha ale księża niekoniecznie.
~Agnieszka2010-11-12 21:15
Tak to prawda .Do wierzenia nie można nikogo namawiać.Gdyby Bog chciał to nic od tej decyzji nas by nie odwiodło.Druga sprawa to co jest warte robienie czegoś na siłe.Miłość do BOga musi płynąć z głebi serca ,to trzeba czuć ,tym trzeba życ ,ta miłośc jeśli jest to poprostu jest i nic tego nie będzie w stanie zmienić.Dlatego jeszcze raz podkreślam wszystko co wymuszane jest złe i fałszywe.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!