Marek Biernacki, kiedyś jedna z największych gwiazd rządu Jerzego Buzka, może wrócić do wielkiej polityki. Jego partia, Platforma Obywatelska, widzi go na stanowisku szefa komisji śledczej wyjaśniającej okoliczności śmierci Krzysztofa Olewnika. To dobra wiadomość, choć trudno powstrzymać się przed pytaniem: co do tej pory robił ten wartościowy przecież polityk?

Wiemy, że od 2005 jest posłem PO, a nawet szefem jednej z komisji sejmowych. Czy jednak Platforma należycie wykorzystywała jego umiejętności i odpowiednio to eksponowała? W końcu w swych szeregach ma twórcę Centralnego Biura Śledczego, bardzo sprawnego szefa MSWiA, a wcześniej bardzo skutecznego likwidatora majątku PZPR. Myślę, że większość opinii publicznej mogła przeoczyć obecność Biernackiego w PO.

Ta kilkuletnia marginalizacja nie była zresztą jego winą. Jest posłem z Gdańska, dawnego matecznika KLD, a on wywodzi się z trochę innego środowiska. Lokalne intrygi skutecznie zepchnęły go na margines. Ostatnio zajmował się w Sejmie np. uczczeniem pamięci kaszubskiego kleryka zamordowanego w czasie wojny za obronę polskości. Naprawdę to ładne i szlachetne - politycy powinni i tym się zajmować - ale nie jest to pierwszorzędne zajęcie dla byłego szefa MSWiA.

Teraz może wrócić. Przez moment jego nazwisko wymieniane nawet było jako kandydat na ministra sprawiedliwości. Jeśli zostanie szefem komisji śledczej, to też jest to dobra wiadomość. Jako minister dał poznać się jako polityk skuteczny. Jako poseł z drugiego szeregu nie próbował zdobywać popularności dzięki furiackim atakom na przeciwników politycznych. Być może to jemu uda się utrzymać komisję w ryzach, tak by badała okoliczności morderstwa Olewnika, a nie zamieniła się w teatr pustych międzypartyjnych rozgrywek.