W rozpoczętej przez Piotra Zarembę debacie o kształcie opozycji brakuje istotnego czynnika, a mianowicie pytania o to, czy obecna opozycja stanowi rzeczywiście alternatywę wobec rządzących. Nie tylko – czy może odzyskać władzę, ale także – czy odzyskawszy ją, potrafi wprowadzić istotne zmiany, czy też będzie jedynie autorką kolejnej rewolucji personalnej. Jest mi coraz bardziej obojętne, jak nazywa się ten czy ów minister i czy o jego miejscu na scenie politycznej zadecydowały wspólne studia z ministrem Ziobrą, czy mecze z wicepremierem Schetyną. Rywalizacja polityczna jest ciekawa o tyle, o ile jej konsekwencją może być rzeczywista zmiana. Tylko w tym sensie problem opozycji staje się problemem ogólnonarodowym.

Tymczasem zarówno Rokita, jak i Zaremba martwią się przede wszystkim utratą równowagi między partią rządzącą a opozycją. „Polska – pisze Rokita – uważa, że premier Jarosław Kaczyński nie ma żadnych szans na powrót do władzy, a jego brat – ledwie bardzo znikome szanse na powtórną prezydenturę”. Dodaje do tego przekonanie drugie, równie powszechne: „że to, co mówi publicznie PiS, nie ma większego znaczenia, ponieważ służy jedynie opozycyjnej propagandzie, a i tak przecież ani Tusk, ani nikt inny, od kogo zależeć może władza, nic sobie z tego nie robi”.

Słaby lider, słabe instytucje

Rokita ma rację, gdy pisze, iż „szansą na jakiekolwiek zwiększenie respektu dla opozycji jest wywoływanie przez nią wielkich sporów”. Szansą – chciałoby się powiedzieć – tym większą, że pierwszy rok rządów Tuska przyniósł kilka istotnych wydarzeń, które przeniosły nas z krainy wirtualnej szczęśliwości do świata realnych problemów. Tak stało się w momencie rosyjskiej interwencji w Osetii Południowej. Tak stało się za sprawą światowego kryzysu finansowego, a wreszcie – w ostatnich tygodniach – w związku z blokadą dostaw gazu do Ukrainy i części krajów UE.

W wymiarze programowym każde z tych zjawisk rehabilitowało nie tylko formułowane przez PiS obawy, ale też stanowiło okazję do postawienia na porządku dziennym poważnych kwestii różniących oba ugrupowania. Powodem, dla którego się tak nie stało, była po części utrata wiarygodności partii Kaczyńskiego w pewnej mierze płynąca z wcześniejszych i trudnych do odwrócenia działań.

Pierwsze z nich polegało na nieustannej instrumentalizacji różnych zagadnień do celów bieżącej walki politycznej. Drugie – na zaniechaniu realizacji własnych kluczowych postulatów, a w niektórych sferach – nawet na otwartym ich zakwestionowaniu. To, że PiS nie rozpoczęło poważnych reform ustrojowych, można jeszcze wytłumaczyć. Ale to, że prezes PiS głosił przewagę zmian personalnych nad instytucjonalnymi, a zwolenników tych ostatnich nazywał naiwniakami, podkopywało przesłanie tej partii z prac w Sejmie IV kadencji.

Zaremba i Rokita zdają się nie dostrzegać tego, że słabość w podejmowaniu poważnych tematów ma swoje źródło w faktycznym zakwestionowaniu własnej wiarygodności, choćby przez ubiegłoroczne manewry wokół ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Kaczyńskiego gubi tak podziwiane przez wielu zamiłowanie do politycznej gry. Jest jak piłkarz zakochany w sztuce dryblingu. Gotów poświęcić wynik meczu dla kolejnego zwodu.

Lekarstwem na słabość liderów bywają w takiej sytuacji instytucje wyposażone w narzędzia narzucania także najsilniejszym osobowościom pewnych reguł, które bronią interesu instytucji. Kaczyński jednak – podobnie jak przed nim Krzaklewski czy Miller i wielu prezesów mniejszych partii – poświęcał wiele wysiłku, by takie narzędzia swojej partii odebrać. By nie krępowała jego zachceń, nie narzucała ograniczeń antypatiom i kaprysom. Stąd groteskowe zawieszanie Zalewskiego i paskudne traktowanie Dorna. W normalnej partii osobiste urazy musiałyby zyskać wyraz co najwyżej pewnej towarzyskiej ostentacji. Nikt nie pozwoliłby sobie na nadawanie im sformalizowanego kształtu, także w obronie własnej. Trudno bowiem wyobrazić sobie normalną instytucję, której prominentni członkowie dobrowolnie godzą się na pozostawanie na łasce i niełasce szefa.

Zbiorowa amnezja PiS

Problemem PiS nie jest zatem sama jałowość sporu, jaki toczy z Platformą. Problemem jest niezdolność zmierzenia się tej partii z dwuletnim okresem własnych rządów. Rzecz nie dotyczy samego prezesa Kaczyńskiego. Po pierwsze dlatego, że w sensie psychologicznym jest to zadanie trudne dla każdego, kto sprawował władzę w warunkach dotkliwego osamotnienia i wbrew znaczącej części środowisk opiniotwórczych. Po drugie dlatego, że broniąc swojej pozycji jako lidera partii, w naturalny sposób próbował spacyfikować wszelkie próby oceny jednoosobowo kształtowanej polityki PiS w latach 2005 – 2007.

Zarzut poważniejszy dotyczy tego, że partia pozwoliła sobie na taką zbiorową amnezję. Co więcej, pozbyła się wiceprezesów, którzy zaproponowali debatę na ten temat. Odebrała sobie prawo względnie suwerennego głosu. Przyjęła wizję jednolitej drużyny jako optymalny model kształtowania własnej tożsamości. W krótkiej perspektywie pozwoliło jej to uniknąć głębokiego kryzysu bezpośrednio po porażce. W dłuższej jednak – zablokowało możliwość sensownej reorganizacji politycznej. PiS zostało partią, w której program pisze prezes, udając się na pustkowie. Nie wierząc w intelektualne możliwości swoich generałów i pułkowników. Paradoksalnie zatem – w PiS zabrakło polityków lojalnych wobec instytucji, cały potencjał lojalności w tym ugrupowaniu ma wymiar ściśle personalny. Zmiana tego stanu rzeczy wydaje się niezwykle trudna, nawet gdyby zechciał tego sam Kaczyński. Jeżeli zastanawiamy się, dlaczego w demokracjach z długim stażem partie po przegranych wyborach odsuwają zwykle od władzy swoich kierowników, to nie powinniśmy zatrzymywać się wyłącznie przy powierzchownych przyczynach takich jak poprawa wizerunku partii. Głębszym powodem jest uruchomienie wewnętrznej dyskusji, zdolności do wyciągania wniosków, rewizji postaw. Utrzymanie władzy w rękach dawnego kierownictwa takie możliwości blokuje, knebluje wewnętrzną debatę, uniemożliwia zmianę.

To prawda, że odsunięcie od władzy poprzednich kierowników bywa niesprawiedliwe. Dokonuje się jednak w imię instytucjonalnego interesu partii jako całości, a także całego systemu, w ramach którego opozycja staje się zdolna do formułowania realnej alternatywy, a zatem nie tylko głoszenia innego niż rząd poglądu na stan rzeczy publicznych, ale także możliwości przejęcia władzy. Problemem PiS jest to, że z opisanych powyżej przyczyn traci zdolność stania się pełnowymiarową alternatywą, a jej myślący strategicznie liderzy muszą liczyć na zbieg okoliczności, który pozwoli taką możliwość odzyskać.

Hegemonia prawicy

Warto zatem zapytać, czy możliwe jest powstanie w dającej się przewidzieć perspektywie istotnej alternatywy wobec PO, a jeżeli tak, to czy istnieją powody, by jej oferta mogła okazać się w jakimś wymiarze lepsza od tego, co robi rząd Tuska.

Epoka polityczna, która rozpoczęła się ujawnieniem sprawy Rywina zmieniła nie tylko układ sił na scenie politycznej, czyniąc z postkomunistów siłę drugorzędną, a w roli hegemonów ustanawiając niezbyt wówczas silnych prawicowych pretendentów. Istotniejsze jest to, że zmieniła reguły politycznej rywalizacji i mechanizmy życia politycznego. Ożywiła też pewne nadzieje, które w języku politycznej perswazji wyraziły się w hasłach „szarpnięcia cugli”, „moralnej rewolucji”, „IV Rzeczpospolitej”. Nadzieje te rozwiało nie tylko fiasko rozmów koalicyjnych PO i PiS, ale także – a może przede wszystkim – zniweczył je sposób rządzenia każdej z partii.

PiS nie tylko nie powołało komisji prawdy i sprawiedliwości, nie tylko nie przeprowadziło rewolucji moralnej, ale w niektórych sferach – by wymienić choćby media publiczne – pogłębiło jeszcze zjawiska grupowego cynizmu. PO nie tylko nie stworzyła mechanizmów obywatelskiego ożywienia, ale stała się kolejną partią prywatną, w której różnić można się tylko poziomem agresji wobec PiS i prezydenta. Rozumiem Zarembę, który cieszy się dominacją dwóch podmiotów o wyraźnym centroprawicowym charakterze, który wskazuje realne pola sporu nie tylko między politykami, ale także potencjalnymi elektoratami obu partii. Uznaję realizm jego spojrzenia na politykę, tym bardziej że prezentował go dość konsekwentnie w latach 90., gdy w publicystyce dominowało narzekanie na mało cywilizowany kształt politycznych podziałów partyjnych. Gdy powszechnie wzywano partię do różnienia się przede wszystkim w kwestiach gospodarczych, a do ulubionych zabiegów retorycznych należało odróżnianie prawicy gospodarczej (prawdziwej) od ideologicznej (pozornej).

Trzeźwe stanowisko Zaremby nie jest zresztą odosobnione. Podobnie brzmią analizy politologiczne i publicystyka Marka Migalskiego czy teksty Michała Karnowskiego. Ten punkt widzenia niejako z samej swojej natury prowadzi do docenienia publicznej roli i politycznych sukcesów Jarosława Kaczyńskiego. Stanowi też cenny kontrapunkt nie tyle dla fanatycznych ataków na tego polityka, ile dla zarzutów formułowanych przez ludzi, których polityka prezesa PiS po prostu rozczarowała.

Opozycja bez rozmachu

Spróbuję zatem wyjaśnić racje przeciwne wobec stanowiska prezentowanego przez Zarembę. Wbrew pozorom istotą wspomnianego wyżej rozczarowania nie jest ani niechęć prezesa PiS do ekonomicznego liberalizmu, ani wizyty polityków tej formacji w toruńskiej rozgłośni. Rzecz nie dotyczy ani stylu polityki, ani nawet wątpliwych decyzji kadrowych.

Sprawa jest znacznie poważniejsza. PiS podniosło w Sejmie IV kadencji wiele spraw kluczowych dla przetrwania polskiego państwa – począwszy od zdolności walki z rozmaitymi formami przestępczości, przez kwestię otwarcia mechanizmów awansu zawodowego młodego pokolenia i dobór kadr dla administracji państwowej, na polityce „bycia branym pod uwagę” w wymiarze europejskim skończywszy. Najgłębszym wymiarem przesłania tej partii – paradoksalnie obecnym także w tej części lewicy, którą reprezentują Sławomir Sierakowski i „Krytyka Polityczna” – była chęć rehabilitacji polityki jako sposobu osiągania celów wykraczających ponad zwykłą redystrybucję dochodu narodowego.

W 2003 i 2004 roku PiS było partią, która dawała szansę na to, że polityka stanie się dla Polaków naturalnym sposobem panowania nad własnym losem. Że elity polityczne i intelektualne dostrzegą w atmosferze, jaka zapanowała po ujawnieniu sprawy Rywina, także po wejściu do UE, szansę na ukształtowanie nowego modelu ustrojowego, w którym bezwolny i określony przez agendę zewnętrzną model transformacji lat 90. ustąpi miejsca wiązce projektów ustrojowych, ekonomicznych i cywilizacyjnych lansowanych przez PO, PiS i doradców obu partii.

Gdy uważnie czyta się teksty publicystyczne nadające ton „rewolucji semantycznej” roku 2003, widać wyraźnie trzy – niesprzeczne jeszcze wówczas – nurty wskazujące na konieczność odbudowy wspólnoty, reform instytucjonalnych i walki z układem. Nurtów tych nie trzeba przy tym nadmiernie personifikować. Zwłaszcza że teksty nie były pisane z żelazną dyscypliną, a lojalności partyjne i środowiskowe ograniczało poczucie wspólnego celu. Gdy czyta się ciekawą propozycję ustrojową Andrzeja Zybertowicza zawartą w tekście „Wstrząs kontrolowany”, proponującą de facto zgodę na realne reformy ustrojowe w zamian za gwarancję bezkarności za czyny sprzed umownego punktu „zero” – aktu założycielskiego nowego państwa, to widać wyraźnie zupełnie odmienny od współczesnego „reformatorski rozmach” i daleko posuniętą gotowość do koncyliacji.

W tekstach Śpiewaka i Krasnodębskiego, Bugaja i Staniszkis dominuje nuta nadziei na zasadniczą zmianę ustrojową, utopiona w „czerwonym oceanie” partyjnej rywalizacji lat 2005 – 2007. Bardziej niż porażka ideałów PO zawartych w dziwacznej broszurce „4 x tak” martwi mnie jednak potrójna porażka PiS jako tej formacji, której upadek pociąga za sobą niekorzystne zjawiska odnoszące się do całej sfery życia publicznego.

Rehabilitacja polityczności

Rządy PiS postawiły znak zapytania nad wieloma projektami potrzebnych reform. Co więcej – zakwestionowały wiele elementów najważniejszego dla Polaków projektu, którym jest odzyskanie polityczności jako ważnej przestrzeni realizacji własnych aspiracji, a nie – jak to ma miejsce obecnie – pozostawienie jej jako sfery dość wulgarnej rozrywki, w której nagrodą za walkę w błocie może być krótkotrwałe korzystanie z renty władzy.

Moje rozczarowanie nie ma zatem ani charakteru osobistego, ani partyjnego. Uważam, że formuła opozycyjności, jaką przyjmuje obecnie PiS, nie tylko nie sprzyja powstaniu realnej alternatywy wobec PO, ale więcej – blokuje powstanie takiej alternatywy w tych sferach, w których byłaby ona najbardziej potrzebna. Wszystkie trzy kryzysy (gruziński, gazowy i finansowy) domagają się od nas poważnej rehabilitacji polityczności, poważnego myślenia o sile i sprawności państwa, mocnego formułowania naszych interesów w przestrzeni europejskiej. Ale ta polityczność nie może kojarzyć się z totalną nieufnością wobec innych podmiotów na politycznej scenie, nie może kojarzyć się z instrumentalizacją każdego merytorycznego sporu.

Alternatywa niepełnowymiarowa

Sądzę, że potrzebujemy dziś nie tylko parlamentarnej opozycji – z której to roli PiS wywiązuje się raz lepiej, raz gorzej. Potrzebujemy nie tylko niezależnych instytucji zdolnych oceniać politykę rządu Tuska. Gdyby sprawa ograniczała się do rywalizacji między partiami, należałoby przyznać Zarembie rację. Uzupełnienie jego uwag mądrą radą Rokity wołającego o powrót tematów poważnych byłoby zapewne terapią wystarczającą. Gdyby Polska była demokracją z długim stażem, gdyby była państwem silnym, można by skupić się na niewielkich naprawach, a dalej idące postulaty oddalić jako niepotrzebny radykalizm.

Historia wolnej Rzeczpospolitej jest jednak bardziej historią stawania się państwa niż jego trwania, historią tworzenia sprawnej i rzetelnej władzy publicznej niż tylko jej konserwacji. Procesy, o których mowa, dokonują się równolegle ze zmianami o charakterze własnościowym i ekonomicznym, wywołującymi tendencje odśrodkowe. Przez całe lata silna władza publiczna postrzegana była jako potencjalne zagrożenie wobec nieformalnej, a często przestępczej prywatyzacji, jako zbędny podmiot w sieci interesów, którą Zybertowicz słusznie nazwie antyrozwojową.

PiS zdaje się abdykować z roli twórcy alternatywy wobec obecnego systemu rządów opartego na wierze w potęgę spinu i na zaniechaniu polityki ambitnej. Logika rywalizacji partyjnej sprawia, że istnieje napięcie, jeżeli nie sprzeczność między uczestniczeniem w doraźnych sporach a formułowaniem alternatywy wobec polityki pozorów, jaka cechowała wszystkie trzy ostatnie rządy.

Alternatywa pełnowymiarowa – taka, która podjęłaby próbę rehabilitacji polityki jako próby panowania nad własnym losem – musiałaby jasno wskazać słabości polityki polskiej i zakwestionować obecny model politycznej rywalizacji, nawet wtedy, gdyby przyniosło to jej doraźne straty. O ile celem opozycji może być zmiana ekipy rządzącej bez realnej zmiany polityki rządu i reguł gry, o tyle alternatywa wyrastająca z nadziei lat 2003 – 2005 musiałaby określić zmiany systemowe i jakościowe.

PiS może być opozycją ciekawszą, rzetelniejszą i bardziej merytoryczną. Alternatywą w tym sensie, o którym napisałem wyżej zapewne w najbliższych trzech latach się nie stanie. Co więcej, stworzenie takiej pełnowymiarowej alternatywy może pozostać postulatem kwartalnikowej lewicy i prawicy tęskniącej za politycznością na miarę krajów, które suwerenność i podmiotowość zawdzięczają nie kształtowi traktatów, ale woli i konsekwencji własnych elit. Gdy czyta się propozycję ustrojową Andrzeja Zybertowicza zawartą w tekście „Wstrząs kontrolowany”, proponującą de facto zgodę na realne reformy ustrojowe w zamian za gwarancję bezkarności za czyny sprzed umownego punktu „zero” – aktu założycielskiego nowego państwa, to widać wyraźnie odmienny od współczesnego reformatorski rozmach i daleko posuniętą gotowość do koncyliacji.