Dziennik Gazeta Prawana logo

"Politycy przeciwko mediom"

12 października 2007, 14:38
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
Zaostrzenie prawa prasowego skutecznie zniechęci dziennikarzy, a bardziej jeszcze ich wydawców, do poruszania spraw trudnych i kłopotliwych. Nie tylko dla dzisiejszej władzy, ale dla potężnych grup interesów, z którymi PiS chyba szczerze próbuje walczyć - pisze w DZIENNIKU Piotr Zaremba.
Pamiętamy ten scenariusz z dziesiątków filmów. Gangster albo grupa gangsterów staje lub ma stanąć przed sądem. W kluczowym momencie coś niedobrego dzieje się z koronnym świadkiem albo dowodem. Widz podryguje ze złości na fotelu, bo gangsterzy są uwalniani od winy. I żądają, by ich uważać za szacownych obywateli. Potem zwykle następuje zwrot akcji. Ale ten moment dostarcza widowni wielkich frustracji.
Czy z czymś takim nie mamy do czynienia dzisiaj? Nadal wiemy, że w Samoobronie działy się rzeczy złe, ale człowiek odpowiedzialny przynajmniej za ich tolerowanie - Andrzej Lepper - ogłasza się już oczyszczonym z wszelkich zarzutów. Formalnie jeszcze nie jest - prokuratura nadal prowadzi śledztwo "w sprawie". Ale nie oszukujmy się, coś w tym jest. Możliwe, że w oczach części opinii publicznej Lepper odniósł zwycięstwo. Czy ostateczne, nie wiem, ale na pewno efektowne.
Trochę sami jesteśmy sobie - my dziennikarze - winni. Chcąc pozyskać czytelnika, wchodzimy łatwo w konwencję upraszczania i równocześnie sensacji. Nie piszę tego bynajmniej tylko o "Gazecie Wyborczej". A skoro upraszczamy, upraszczają też inni. Choćby ci, co bronią się przed zarzutami. Co więcej, decyduje logika spektaklu. W pierwszym artykule w "Wyborczej" nie było mowy o dziecku Anety Krawczyk. Ale gdy powiedziała o tym - po raz pierwszy telewizji komercyjnej - wszyscy chwycili się tego dodatkowego wątku, czyniąc z niego hit, a więc i przesądzający argument. A skoro tak, miał po niego prawo sięgnąć także i Lepper.

Ryzyko jest konieczne
Nie ulega również wątpliwości, że w medialnych emocjach dużą rolę odgrywają polityczne sympatie i antypatie. "Gazeta Wyborcza" nie lubi tego rządu. Prawie wszystkie media łącznie z DZIENNIKIEM mają mnóstwo pretensji do Samoobrony i wolałyby przynajmniej, aby PiS rządziło z kimś innym. Te dwie okoliczności wystawiają nas dziś na ciężką próbę. Kolejne rewelacje społeczeństwo może przyjmować z coraz większą nieufnością. Widzowie oglądający w głębokim napięciu najpierw nieszczęśliwą ofiarę Leppera, a potem samego Leppera ze łzami w oczach, mogą się okazać na przyszłość co najmniej sceptyczni. Czy nie odegraliśmy roli tych, którzy wołali "wilki! wilki" na darmo tak że później nikt już nie reagował, gdy wilki naprawdę zaatakowały?
Pewnie trochę tak, choć ten opis wymaga jeszcze większej komplikacji. Dziennikarstwo śledcze lub - szerzej - takie, które nie kontentuje się oficjalnymi wydarzeniami, lecz próbuje zaglądać za kulisy instytucji, partii, biznesowych interesów, zawsze jest narażone na dziesiątki zagrożeń. Zapewne jednym z nich są nadmierne emocje autorów. Ale i bez nich ten rodzaj dziennikarstwa przypomina wielkie pole bitwy. Pisze się o rzeczach trudnych do udokumentowania, na podstawie relacji informatorów, których nazwisk często nie można ujawnić, a których wiarygodność - bywa - weryfikuje dopiero dalszy rozwój zdarzeń. Każdy krok grozi natrafieniem na minę, która może wybuchnąć.
Brzmi to jak łatwe usprawiedliwienie. Niemniej, co w zamian? Ograniczenie się do rzeczywistości powszechnie dostępnej? Bez ryzyka skrzywdzenia kogoś, a przy okazji skompromitowania dziennikarza i gazety (radia, telewizji), w którym pracuje, ale i bez poszerzenia wiedzy obywateli - choćby i motywowanego politycznymi sympatiami i antypatiami. Czym była z punktu widzenia mediów afera Rywina, jak nie jedną wielką improwizacją, jednym wielkim szukaniem powiązań, które raz coś znaczyły, a raz nie. Pokazywaniem informacji prawdziwych, a czasem trafianiem kulą w płot. Tak jest i w tym wypadku. To, że stosunki w Samoobronie nie przypominają stosunków w innych partiach, wie każdy dziennikarz, który się tym tematem zajmuje. „Ugryźć to, pokazać czytelnikom samą prawdę bez najdrobniejszych wpadek - a to już coś niecoś innego! Bez ryzyka takiego dziennikarstwa w ogóle by nie było. Nie namawiam do filozofii: gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. I do akceptacji medialnych motywowanych wyłącznie politycznymi względami nagonek. Ale bez tej świadomości nie sposób prowadzić dalszej debaty. Na przykład o kształcie prawa.

Sprzeciw wobec mediów
Andrzej Lepper i Roman Giertych proponują dziś proste rozwiązania: zmiany w prawie prasowym. Niektóre już padły. Publikowanie sprostowań na pierwszych stronach. To oznacza prawo redagowania gazet przez sądy. Wprowadzenie bez mała konfiskacyjnych kar. To powstrzyma skutecznie przed ryzykiem grzebania się w zawsze niepewnych co do skutków tematach, i to zwłaszcza media najsłabsze. Rozpatrywanie skarg na pomówienia w ciągu siedmiu dni. Ciekawe, jak miałoby to wyglądać w wypadku skomplikowanych afer. I wszystko w rękach sędziów - tak mocno krytykowanych właśnie przez polityków obecnej koalicji.
Najciekawsze, jaki pogląd na to ma Prawo i Sprawiedliwość. W porannej rozmowie w radiowej Trójce rzecznik PiS Adam Bielan zapowiedział już prace nad nowym prawem prasowym. I co prawda ten zręczny PR-owiec osłodził zapowiedź przykładami zmian wręcz korzystnymi dla dziennikarzy, ale rzeczywistość jest inna. Takie przymiarki politycy PiS już podejmowali. Były one z reguły nieco tylko łagodniejszymi wersjami tego, co dziś proponuje Samoobrona i LPR. Wiadomo, że z takimi zmianami sympatyzuje człowiek bez wątpienia ciężko dotknięty medialnymi kampaniami lider PiS Jarosław Kaczyński. Może mu też sprzyjać społeczny klimat. Elektorat PiS i partii populistycznych może być integrowany między innymi sprzeciwem wobec tego, co podaje większość mediów. Gdy dodać do tego wpadkę z kłamstwem Anety Krawczyk... Argumentacja gotowa, a lud może i przyklaśnie nałożeniu wędzideł zarozumiałym pismakom.
Patrząc przez pryzmat psychologii, trudno się temu dziwić. Tyle że skutki będą opłakane. Z punktu widzenia wizji państwa, jaką PiS prezentowało w czasach, gdy zasiadało na ławach opozycji. Powtórzmy raz jeszcze to na dłuższą metę skutecznie zniechęci dziennikarzy, a bardziej jeszcze ich wydawców, do poruszania spraw trudnych i kłopotliwych. Nie tylko dla dzisiejszej władzy, ale dla potężnych grup interesów, z którymi ta partia chyba szczerze próbuje walczyć. Przypomnijmy: najsłynniejszym starciem media kontra politycy był proces Kwaśniewskiego z gazetą "Życie" o jego domniemane związki z Ałganowem. Nie odnosiłem wrażenia, aby sąd dał w tej sprawie gazecie możliwość pełnej obrony swoich racji. A właśnie wtedy Kwaśniewski żądał konfiskacyjnych sum jako zadośćuczynienia za "oszczerstwo". Dziś - jak rozumiem - byłby wsparty legislacyjnymi pomysłami obecnej koalicji. Tymczasem na temat roli pułkownika Ałganowa w tym politycznym środowisku każdy dziennikarz zajmujący się postkomunistyczną lewicą wie... tego zdania nie skończę w obawie przed procesem. To klasyczny przykład, gdy czymś nieco innym jest wiedza, a czym innym możliwość korzystania z niej przez dziennikarzy. PiS może przez swoje projekty ten dystans pogłębić.

Samoobrona dała przykład
Zwłaszcza że problemy Samoobrony są częścią większej całości. Samo PiS wywołuje ten temat, przypominając nieoficjalnie, że ta rządzona silną ręką grupa drobnych naciągaczy, swoista spółka akcyjna klanów Łyżwińskich, Hojarskich, Filipków, jest niczym wobec interesów i powiązań nieco dziś zapomnianej lewicy postkomunistycznej. Tylko jak drążyć konszachty panów Kuny i Żagla, jak zadawać pytania o spopularyzowany - zwłaszcza przez ministra Wassermanna - "układ wiedeński", jeśli swobody dziennikarskiego drążenia zostaną zawężone. Że nie będzie drążyć akurat "Gazeta Wyborcza"? Ale inni już tak. Na tym polega kontrolna rola mediów, tak jak i opozycji, że ich kierunki zainteresowań zawsze są selektywne. Zsumowane dają jednak jakiś obraz.
Wady Samoobrony są karykaturalnym i skrajnym przykładem problemów całej "klasy politycznej". Jak by się nie lubiło tego nadmiernie uogólniającego pojęcia. Lepper jako wódz traktujący ludzi ze swojej partii, w tym może kobiety, jako własność. Czy jednak nie wszystkie partie zmieniają się w skuteczne, ale rządzone żelazną ręką maszyny? Nie mówi się w nich co prawda "psie do nogi" jak - według "Gazety Wyborczej" - Łyżwiński do swego asystenta. Ale czy historia wyrzucenia na rozkaz Donalda Tuska asystenta swego rywala, aby mu dokuczyć, czegoś nie przypomina? Oczywiście, partie są dobrowolnymi zespołami ludzi. Nikt do nich nikogo nie zagania batem. Ale ograniczenie demokratycznych mechanizmów wewnątrz nich staje się problemem. Choćby takim, że niekontrolowani przez swoich członków polityczni przywódcy mają też kłopoty z zaakceptowaniem kontroli opinii publicznej cokolwiek ona oznacza.
Samoobrona okazuje się też skrajnym, karykaturalnym obrazem nieprzestrzegania standardów, które wciąż są piętą achillesową naszych polityków. Jej trzon przywódczy składa się z ludzi karanych, którzy nie czują się w obowiązku ulegać pojęciu "publicznej kompromitacji". Ale przypomnijmy inne przykłady. Nie tylko środowisk SLD-owskich. Także PO nieumiejącej sobie poradzić ze swym układem warszawskim. Mam wrażenie, że w tej chwili na podobną drogę: niedobrej solidarności z kolegami politykami, wchodzi partia braci Kaczyńskich. Niektóre wypowiedzi jej przedstawicieli, na przykład posła Marka Kuchcińskiego grożącego Anecie Krawczyk, jeszcze zanim została złapana na kłamstwie, prokuratorem, wpisują się w tę poetykę.
Mogę to zrozumieć. Każdy rządzący jest na to do pewnego stopnia skazany, a stres wywołany nie do końca chcianą koalicją, tylko takie zachowania podsyca. Ale w tej sprawie PiS skazuje się na konflikt nie tylko ze środowiskiem dziennikarskim, z którego sporą częścią już walczy na noże. Popada w sprzeczność z logiką społeczeństwa obywatelskiego. A takie społeczeństwo - to prawda - uzupełniane skutecznym państwem jest najlepszym lekiem na patologie. Na tym miała, a w każdym razie powinna polegać, mityczna IV Rzeczpospolita.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj