Pisarz rasowy to jest taki pisarz, co człowiekowi rozjaśnia w głowie. Człowiek ma pewne intuicje, przeczucia, przeświadczenia - nie umie ich wszakże wyrazić, sformułować, nazwać - pisarz rasowy winien uczynić to za niego. Dokładnie tak myślę jak pan napisał! - ma wołać zachwycony czytelnik. - Pan to za mnie napisał! Miałem to w głowie, ale wyartykułować nie umiałem!

Poniższy fragment trzydziestoletni pisarz Zygmunt Miłoszewski z całą pewnością napisał za mnie i - bez wielkiego ryzyka ośmielę się przypuścić - nie tylko za mnie:

"Politycy żyli w wyizolowanym świecie, przekonani, że cały czas robią coś szalenie ważnego, o czym koniecznie trzeba opowiedzieć na konferencji prasowej. W przekonaniu o własnej ważności utwierdzali ich podekscytowani sprawozdawcy polityczni, którzy też wierzyli w wagę wydarzeń zapewne po to, aby zracjonalizować swoją pozbawioną treści pracę. A i tak - mimo wysiłków obu grup i zmasowanego ataku medialnego nieważnych informacji przedstawianych jako istotne - cały naród miał ich w dupie".

Cytat pochodzi ze znanej już dosyć licznym czytelnikom i chwalonej przez recenzentów powieści kryminalnej "Uwikłanie" ( wydawnictwo WAB ) i referuje myśli głównego bohatera prokuratora Teodora Szackiego. "Przejrzał gazetę. Gówno się dzieje. Kwaśny zaapelował do Cimoszki, żeby wystartował na prezydenta. Po co w ogóle pisać o tych nudach? Szacki uważał, że powinien być zakaz codziennego donoszenia o polityce. Raz w miesiącu sprawozdanie na dwie szpalty i tyle. (.) W zimie pojechał na ferie (.) nie było go dwa tygodnie. Przez ten czas nie przeczytał żadnej gazety. Wrócił i wszystko było po staremu. Absolutnie nic się nie wydarzyło. Jednak, kiedy przejrzał prasę, okazało się, że codziennie świat się walił, rząd upadał, opozycja rwała włosy z głowy (Rokita już był w opozycji? - potrzeba tego studenckiego pytania jest niestety mocniejsza ode mnie - jp), ABW się kompromitowało, z sondaży co godzinę wynikały nowe układy, komisje skazywały na śmierć przez zagadanie itede.
Efekt żaden".

Tysiąc, a może milion razy miałem podobne doznania. Jakoś nie umiałem, a może nie zdążyłem ich sprecyzować - w książce Zygmunta Miłoszewskiego znalazłem te równie własne, co powszechne przeświadczenia. Ktoś może powiedzieć, że trochę to są za proste rzeczy - owszem: prostota i prędkość jej uchwycenia to są atrybuty rasowości. W pierwszej chwili miałem zamiar pozornie nieodkrywczą, ale z pewnością wiekuistą myśl o narodzie mającym gdzieś scenę polityczną w rozmaitych kierunkach rozwinąć - odpuściłem rychło. Po pierwsze: czcze by to były zabawy; po drugie: czczość jest niezniszczalna - zawsze można do niej wrócić; po trzecie: inspiracja literacka z definicji nieskończenie donioślejsza od politycznej.

Od razu też wyjaśniam, że nie zamierzam się ekscytować - istotnie przekraczającym wewnętrzną paradoksalnością możliwości dzisiejszej polszczyzny - frazesem: iż pokazała się bardzo dobra, polska, współczesna powieść kryminalna. Istotnie: pokazała się. Nie zamierzam się upajać własnym profetyzmem - powrót czy też narodziny zupełnie rudymentarnej sztuki opowiadania, odrodzenie sztuki takiego opowiadania, by czytelnik dławił się z ciekawości "jak też to się skończy" - przewidywałem. Przewidywania takie zdały mi się na tyle łatwe i oczywiste, że teraz ich spełnienia ani mnie nie podniecają, ani nawet nie dziwią. Pisałem o tych sprawach w kontekście ogłoszonego swego czasu na łamach "Polityki" konkursu na opowiadanie "Pisz do Pilcha". Okolicznością, iż - jak się po latach przyjemnie okazuje - Zygmunt Miłoszewski z wielkim powodzeniem (pod pseudonimem Erich Stein - opowiadanie "Historia portfela" ) przez ten konkurs przeszedł, też się nie ekscytuję - zauważenie tak zręcznego autora nie jest żadną sztuką ani zasługą - niezauważenie go - byłoby wstydem i skandalem. (Choć z kolei nad pierwszą książką Miłoszewskiego - "Domofonem" nie płakałem z zachwytu, rasowość w literaturze nie zawsze bywa "od dnia urodzenia"). W ogóle żadnej - a zwłaszcza, nie daj Bóg, ojcowsko opiekuńczej pozy wobec autora "Uwikłania" nie przyjmuję. Nie zamierzam też dawać mu żadnych rad. Ani mu nie radzę, by wykorzystując mocny instynkt realisty, odchodził od literatury rozrywkowej i próbował rzeczy "większych i głębszych". Ani mu nie radzę, by trzymał się modelu - powiedzmy - sensacyjnego, bo to jest najwyraźniej jego domena i tu niejako bezwiednie do najpełniejszych spełnień dojdzie. Ani mu nie radzę, by próbował rzeczy różnych, bo ze swą warsztatową wirtuozerią różne rzeczy potrafi i szkoda go do jakiejś jednej konwencji.

W ogóle żadnych rad nie daję; nie straszę go jego własnymi możliwościami - to paraliżuje i faryzejstwem bywa podszyte - pisarze rasowi piszą na oślep, rasowy instynkt nimi kieruje - bardzo mało poza nim. Niczego nie sugeruję; po prostu z bezinteresownością szarego recenzenta pokazuję, co w "Uwikłaniu" dowodzi rasowości autora. Zarysowanie postaci, uruchomienie akcji, wzrost napięcia (Miłoszewski potrafi dać napięcie nawet w scenie przeglądania starych gazet) - takie elementaria często gęsto podkreślano. Warto je podkreślić raz jeszcze i tym więcej, że jest teraz zalew kryminałów pozornych, w których akcja stoi jak woda w polnym kiblu. Piszą takie "Kluby Dantego" jacyś podobno wzięci bestsellerowcy zachodni; u nas za kryminały, a zwłaszcza za "coś więcej niż kryminały" biorą się cierpiący niedostatek awangardowi poeci, a nawet wyniszczeni zbyt częstym zaglądaniem do kieliszka literaturoznawcy - gorzej nie może być. Od dawna wiadomo, że jak ktoś się natęża na nad-gatunek - wychodzi mu pod-gatunek, a i to w najlepszym razie.

Stare kryterium, że o jakości powieściowej decyduje jakość postaci drugoplanowych u Miłoszewskiego gra jak złoto. Choć moja ulubiona w tej kategorii postać - ma się rozumieć: Janina Chorko, aż się prosi o trzy jeszcze, a może nawet cztery dodatkowe akapity. "Pisana" jest ona "tyrmandowskimi" zdaniami ("Janina Chorko się umalowała. To było straszne") i pewnie w ogóle niepodobna tyrmandowskiej inspiracji pominąć - zwłaszcza jak mowa o pieczołowitym tle warszawskim. Ja wprawdzie jak czytam o wędrówce bohatera przez Warszawę: "Minął teatr Ateneum, gdzie kiedyś zakochał się w >Antygonie w Nowym Jorku<; szpital, w którym się urodził; ośrodek sportowy, gdzie uczył się grać w tenisa; park rozciągający się pod budynkami parlamentu, gdzie szalał z bratem na sankach, basen, na którym nauczył się pływać i dostał grzybicy. Był w Śródmieściu. W centrum swojego miasta, centrum swojego kraju, centrum swojego życia" - otóż ja innych niż autor "Złego" patronów za takimi kawałkami widzę; innych ale - powiedzmy jasno: też nie złych.

Dwanaście rozdziałów, jedenaście dni czerwca i jeden dzień lipca 2005 roku - taka jest rama tej powieści. W niej substancja wszelka, a zarazem jedynie konieczna. Miłoszewski należy do tych (rasowych) autorów, którzy wiedzą, że trzeba wiedzieć, jaka w opisywanym dniu była pogoda, z kim tego dnia grała Legia i jaka tego dnia firma zaprezentowała - pierwszy na świecie - podlegający biodegradacji ekologiczny biustonosz. Wie i umie znaleźć formułę, jak takie rzeczy zmieścić w kryminale. Umie więcej. Umie nawet "napisać" romans warszawskiego prokuratora z dziennikarką "Rzepy". Wprawdzie w 2005 i "Rzepą", i Prokuraturą kto inny rządził, ergo kto inny miał tam romanse - Naczelni i Generalni przemijają wszakże - miłość pozostaje, literatura jest wieczna. Tak jest. Ukazało się "Uwikłanie" - doskonały polski kryminał współczesny. Tak jest: w literaturze polskiej pojawił się nie lada majster: Zygmunt Miłoszewski - pisarz rasowy.