W rzeczywistości jednak jest nieco inaczej, co zauważają bardzo liczni teoretycy demokracji. Żeby nasz głos miał sens, czyli żebyśmy czuli się zobligowani go oddać, muszą zaistnieć pewne warunki. Po pierwsze, ponieważ nasz głos ma zawsze charakter wyboru, trzeba wiedzieć, między czym się wybiera. Możliwie jasne sformułowanie programu wyborczego lub też pytań referendalnych jest zatem warunkiem niezbędnym. A skoro obserwujemy we wszystkich demokracjach (a w polskiej zwłaszcza) ucieczkę od jasnych i wyczerpujących programów, kiedy to przedstawione są tylko postulaty, ale nie sposoby oraz koszty ich realizacji, to wiemy bardzo mało.

Wielokrotnie rozważano, czy głos obywatela niepoinformowanego (nie z jego winy) jest głosem w demokracji przydatnym. Można mieć co do tego bardzo poważne wątpliwości. Dlatego specjaliści zwracają uwagę, by jak najwięcej było „obywateli oświeconych”. Oświecenie musi jednak spłynąć od tych, którzy proponują programy. W przeciwnym razie znajdujemy się w sytuacji idiotycznej, podobnej jak w restauracji, gdzie – na szczęście zdarza się to coraz rzadziej – proponują nam kaczkę po łowicku i sandacza po książęcemu. Nie wiadomo, o co chodzi, a często i kelner nie umie wytłumaczyć. W restauracji ratunek zawsze w schabowym, w sferze decyzji politycznej schabowego nie ma.

Po drugie, jako obywatele ani nieoświeceni, ani niepoinformowani powinniśmy wstrzymać się od głosowania. Jednak nawyki, wychowanie w demokracji czy też radość, że wreszcie mamy demokratyczny ustrój, sprawiają, że wielu spośród nas poczuwa się do tego, by spełnić „obywatelski obowiązek”. Nie ma programów, nie podaje się sposobów realizacji ewentualnych celów, jednak mniej więcej wiemy, jaki ton chciałaby poddać dana partia polityczna. Więc tak muzyczno-estetycznie możemy coś zdecydować. Jednak wahamy się, kiedy kompletnie nie wiemy, o co chodzi, jak przy pytaniach referendalnych lub przy wyborach parlamentarnych, bo obawiamy się tego, w jaką koalicję wejdzie partia, na którą skłonni jesteśmy oddać głos. Może więc lepiej zostać w domu?

Ale, po trzecie, bardzo poważnym argumentem powinny dla nas być poglądy i postać naszego kandydata. Przecież w Polsce wybory nie są w pełni proporcjonalne, gdyż krzyżyk stawiamy przy konkretnym nazwisku. Chętnie zapewne byśmy wiedzieli – jeżeli już dokonaliśmy wyboru partii, na którą głosujemy – co to za jeden? Ze względu na kombinacje partyjne, z wyjątkiem doprawdy nielicznych głośnych nazwisk, na ogół nie wiemy, bo nie są to ludzie ani z naszego regionu, ani nie prowadzą sensownej lokalnej kampanii, poza beznadziejnymi plakatami z podretuszowanymi fotografiami. Czyż i to nie skłania nas do zostania w domu?

A zatem: nie musimy głosować, bo nie mamy z czego wybierać, bo nie znamy konsekwencji politycznych, gospodarczych i społecznych naszej decyzji wyborczej i nie znamy ludzi, których mamy wybierać. W zasadzie tylko człowiek ogromnie zdeterminowany pójdzie głosować w sytuacji, kiedy jako obywatel jest tak fatalnie traktowany.

PS Prezydent Duda dokonał innowacji. Wysłał nominacje na profesorów tytularnych pocztą, zamiast je uroczyście wręczyć. Kiedy w 2000 r. odbierałem taką nominację, była wielka pompa, i słusznie, chociaż było nas kilka dziesiątek. Nie wiem, czy wysyłanie pocztą nominacji profesorskich jest legalne, a nawet jeżeli tak, to jest niezgodne z dobrymi obyczajami, które są ważniejsze niż prawo. Prezydent Duda powinien to wiedzieć od rodziców. Takie poniżanie autorytetów nie przystoi głowie państwa.