A to dlatego, że zatrudnieni w nich specjaliści funkcjonują nie na lokalnym, ale globalnym rynku pracy. To oznacza, że swoje pensje porównują nie z pensjami sąsiadów, ale osób zajmujących analogiczne stanowiska w innych europejskich miastach. Swoboda przemieszczania się, komunikacji i podejmowania zatrudnienia w innych państwach unijnych oznacza, że aby zatrudnić wysokiej klasy specjalistów w transferowalnych zawodach, trzeba im zapłacić porównywalne pieniądze z tymi oferowanymi w Pradze, Berlinie, Madrycie czy Londynie.

Oczywiście ta reguła nie dotyczy wszystkich zawodów. Bo są też profesje nietransferowalne. Najlepszym przykładem są dziennikarze i politycy.

Bardzo niewielu dziennikarzy jest w stanie swobodnie przenieść się za granicę – ponieważ ich główne narzędzie pracy – język – ma charakter lokalny. Również politykom bardzo rzadko taki ruch się udaje.

Być może to uczucie zamknięcia wywołuje tę falę złości, frustracji i zawiści, którą często widzimy w Polsce. Dla panów redaktorów i posłów trudne do zniesienia może wydawać się to, że ich rówieśnicy, którzy przeszli przez międzynarodowe korporacje czy studia ścisłe, zarabiają pięcio- albo sześciokrotnie więcej od nich i mogą w każdej chwili przenieść się do krajów, w których np. zima ma przyjemniejszy przebieg. Ta fala zawiści przybiera szczególnie na sile, gdy pojawiają się pomysły podniesienia pensji politykom i urzędnikom.

Biednych nie stać jednak na tanie rzeczy. Jak powiedział Marek Belka – tanie państwo to państwo dziadowskie. Urzędnicy na szczeblu centralnym, czy to na poziomie dyrektorów, czy wiceministrów, podejmują decyzje o wydawaniu miliardów złotych. Ich podpisy potrafią w sekundę zamienić miliony z zysków na straty i odwrotnie. W świecie, w którym racjonalne rządzenie wymaga wysokiego poziomu wiedzy z zakresu prawa, finansów, technologii, medycyny, musimy być, jako państwo, zdolni do zatrudniania wysokiej klasy specjalistów.

W tym kontekście, odkładając na bok narrację oszczędnościową – warto pochwalić pomysł, aby część stanowisk czysto politycznych w rządze zastąpić dobrze wynagradzanymi urzędnikami wyższego stopnia. Jest jednak jedno dość zasadnicze „ale”.

Przedstawiając proponowane zmiany, premier Mateusz Morawiecki po raz kolejny odwołał się do swojego doświadczenia korporacyjnego. Dla stworzenia sprawnego mechanizmu zarządzania nie wystarczy jednak jedynie grupa dobrze wynagradzanych osób. Musi istnieć też mechanizm, który zapewnia, że osoby na wyższych stanowiskach nie są otoczone przez potakujących im posłusznych podwładnych. Kluczem do sukcesu sprawnej służby cywilnej jest niezależność jej urzędników. Merytoryczne, a nie jedynie polityczne ocenianie ich kompetencji.

Niestety w Polsce od lat nie potrafimy budować silnych merytorycznie i sprawnych organizacyjnie, ale niezależnych od politycznego widzimisię urzędów i agencji. Bez nich trudno myśleć o trwałej naprawie państwa. A bez gwarancji niezależności w merytorycznym i zgodnym z prawem podejmowaniu decyzji i 30 tys. zł miesięcznie może nie wystarczyć.