Dzisiaj w USA zaczyna się spotkanie grupy G20 już okrzyknięte - pierwszy tego określenia użył brytyjski premier Gordon Brown - "nowym Bretton Woods". Ma rozpocząć kształtowanie nowego ładu ekonomicznego na świecie poturbowanym kryzysem finansowym.

Jest jednak ważna dla nas różnica między "starym" a "nowym" Bretton Woods. W tym "starym" Bretton Woods byliśmy, a w grupie G20 już nie nie miejsca dla Polski. A niby dlaczego? Przecież nasza gospodarka - według różnych zestawień - zajmuje 18 - 22 miejsce na świecie, czyli pod względem potencjału do G20 mogłaby bez problemu wejść. Tym bardziej, że obok Brazylii (10 miejsce) w grupie jest na przykład Argentyna (dopiero około 30 miejsca), obok Arabii Saudyjskiej (no tak, ropa, ale tylko 25 miejsce na świecie) jest Indonezja (gospodarka porównywalna do naszej). Załapała się również RPA (znów blisko trzydziestki), a w obradach - jako przyszła prezydencja Unii - będą uczestniczyć też Czechy (pozycja 38 - 40). Owszem, w doborze G20 dużą rolę odegrał klucz geograficzno-polityczny, ale tutaj też by się znalazły argumenty: np. taki, że jesteśmy największą gospodarką unijnej Europy Środkowej.

Najbardziej jaskrawy jest jednak przykład Hiszpanii. Ten kraj nie był przewidywany do G20, choć to ósma gospodarka świata. Hiszpanie byli zdeterminowani, uparli się, wykłócali i... postawili na swoim. Dobrze zrobili. Bo udział w G20 to po pierwsze prestiż. Po drugie - mimo że konkretnych efektów szczytu możemy się spodziewać za długie miesiące, jeżeli nie lata - Hiszpanie będą mieli wpływ na podejmowane decyzje. A te - o ile do nich dojdzie - będą miały dla Polski duże znaczenie. Jesteśmy bowiem krajem na tle świata w zasadzie nietkniętym przez kryzys. U nas na przykład sprawdził się nadzór finansowy i niektóre pomysły dotyczące jego umiędzynarodowienia wcale nie muszą być dla nas korzystne.

Ale tych zastrzeżeń nikt już nie usłyszy. Mieliśmy swoje dwie minuty podczas wystąpienia prezydenta na unijnym szczycie w Brukseli. Ale determinacja polityków jakoś wciąż idzie w inną stronę.