Adam Bielan przeżywa dziś silny stres. Źle zaczął mu się ten piękny słoneczny dzień. Powiedział o jedno zdanie za dużo. Nie to, że skłamał lub przeszarżował. Wyraził się niezbyt precyzyjnie na temat prezesa swojej partii. W dzisiejszym partyjnym życiu, nie tylko w PiS, niebaczne słowa, które łatwo zinterpretować na opak, są wielkim niebezpieczeństwem dla ich autorów.

Bielan powiedział krótko, że Jarosław Kaczyński w przypadku następnych przegranych wyborów może usłyszeć trudne pytania ze strony członków PiS. W kontekście dalszego sprawowania prezesury. Zabrzmiało to tak, jakby Bielan już zaczął kwestionować władzę Kaczyńskiego. Ja jednak będę bronił Bielana. Co do pewnej teoretycznej, niestosowanej niestety w praktyce, zasady.

Bielan, wierny paladyn Kaczyńskiego, naoglądał się zachodniego życia politycznego. Tam po przegranych wyborach lider partii oddaje swój los w ręce jej członków. Ci w głosowaniu zazwyczaj mu dziękują i odsyłają na zieloną trawkę. Czasem przedłużają zaufanie do następnych wyborów. W Polsce politycy o tej zasadzie pamiętają, choć dużo rzadziej stosują. Dzięki temu brakowi rygoryzmu Donald Tusk może być teraz premierem. Pamiętajmy, że w 2005 roku przegrał dwa razy wybory. I ocalał, co nie było bynajmniej oczywistością.

Kaczyński przegrał wybory w 2007 roku. Przed nim wybory europejskie, których wynik jednak nie będzie mu doliczony do rachunku przez członków partii. Chyba, że PiS zdobędzie jakąś szokującą liczbę głosów - np. aż 50 proc. albo tylko 5 proc. Wtedy stanie albo pomnik, albo szafot. To jednak mało prawdopodobne - partia Kaczyńskiego dostanie coś koło tego, co dają jej dziś sondaże. Zatem trudno będzie na tej podstawie wciągać twarde wnioski na temat jakości zarządzania PiS-em przez Kaczyńskiego. Egzaminem będą następne wybory parlamentarne, a także - rok wcześniej - wybory prezydenckie.

Do tego czasu sporo wody jeszcze upłynie. Być może wcześniej Kaczyński zacznie być rozliczany za jakieś rekordowo niskie notowania sondażowe PiS. Dziś to jednak tylko przypuszczenia. Na razie w PiS nie ma żadnej realnej opozycji wobec prezesa. Nawet trudno zgadnąć, kto mógłby go zastąpić. Zbigniew Ziobro? Owszem jest wskazywany, ale to kandydat, którego dość łatwo konkurenci będę mogli utrącić.

Tak więc Bielan - skądinąd przeciwnik Ziobry - powiedział zdanie, które dotyczy tylko teorii. Nie praktyki. Jego słowa nie są żadnym sygnałem politycznym. Ale na pewno będą miały jakieś konsekwencje. Konkurenci Bielana jeszcze nie raz wypomną mu to. Albo przypomną prezesowi rzekomą nielojalność eurodeputowanego. A przeciwnicy zewnętrzni, np. z PO, zaczną trąbić o niesnaskach wewnątrz PiS. Stąd ból głowy Adama Bielana.