Oficjalny pretekst to fakt, ż politycy PiS-u wystąpili w tym widowisku obok m.in. Janusza Palikota, ale najprawdopodobniej powód jest inny. Jarosław Kaczyński nie sądzi, aby z dowcipnego przedstawiania antypisowskich stereotypów przez polityków PiS przed krakowską inteligencką widownią i przed kamerami wynikło dla PiS-u cokolwiek pożytecznego.

Rachunek oczywiście nie jest prosty, ale jakoś mi się wydaje, że tym razem Jarosław Kaczyński ma rację. Tyle że PiS jest trochę w sytuacji bez wyjścia. Jeśli nie będą z siebie robili idiotów na warunkach wrogiego im świata polskiej estrady, zostaną zaatakowani za to, że są smutasami, nie znają się na żartach, są nienowocześni. Jeśli pójdą do kabaretu i będą tam robić za swoje własne karykatury, zostaną do końca pozbawieni powagi, skompromitowani nawet w oczach własnego elektoratu, który dowcip w stylu Szymona Majewskiego uważa za obraźliwy dla siebie. I coś jest na rzeczy.

W podobnej sytuacji znalazł się pod koniec kampanii prezydenckiej John McCain, wyszydzany wraz z Sarah Palin w bardzo brutalny, jednostronny, politrucki sposób (nie ma smutniejszego widoku niż politycznie zaangażowany twórca kabaretowy, nawet zaangażowany po najbardziej słusznej stronie, jak, dajmy na to, Jacek Fedorowicz w stanie wojennym).

Ale jednocześnie McCain był nieustająco zapraszany do kabaretowych programów w TV, a że nie przychodził, szydzono z niego jako z typowego konserwatywnego smutasa. W końcu jedno z zaproszeń przyjął i wraz z żoną wystąpił u boku aktorki, która od wielu tygodni głupio i obraźliwie parodiowała Sarah Palin, jego kandydatkę do wiceprezydentury. I to pojawienie się w kabaretowym programie nic McCainowi nie pomogło, ale odarło go z resztek powagi. To był ostateczna kapitulacja dawnego jeńca Vietcongu.

>>>PiS karze posłów za występ w kabarecie