"Jarosław Kaczyński na prezydenta" - powiedział Joachim Brudziński i media mają używania na jakieś pół dnia. Ta deklaracja świetnie się wpisuje w pojawiające się co jakiś czas spekulacje o tym, że to lider PiS, bardziej energiczny i wyrobiony politycznie z braci, miałby zastąpić obecnego prezydenta w kolejnym wyścigu po najwyższy urząd w państwie.

>> zobacz, co mówił Brudziński

Kłopot w tym, że to spekulacja kompletnie wydumana. Każdy, kto zna braci Kaczyńskich, wie, że ta zamiana jest niemożliwa. Jarosław ofiarował ten urząd Lechowi niczym braterski prezent i nie odbierze mu go pod żadnym pozorem. Taka jest natura ich wzajemnych relacji i nie zmienią tego żadne sondaże czy polityczne analizy.

Oczywiście wie o tym Joachim Brudziński i dlatego powiedział wyraźnie: Jarosław tylko po dwóch kadencjach Lecha, nie wcześniej. Jest to więc miły gest wobec lidera, a i wobec jego brata, który oczywiście NA PEWNO wygra w roku 2010. Taka wypowiedź zakłada, że kombo braci Kaczyńskich nie zużyje się przez najbliższe dziesięciolecia zgodnie zresztą z ich własnymi żartami. Lubią się przecież obaj porównywać do niemieckiego kanclerza Adenauera, który stał na czele rządu RFN do... dziewięćdziesiątki. A bracia kończą w tym roku 60 lat.

Rozważania, że ta wypowiedź Brudzińskiego może oznaczać jakąś realną wymianę w czołówce PiS-owskiego obozu, są równie jałowe jak krótkotrwała ekscytacja sugestią, że premierem z ramienia PiS mogłaby być Grażyna Gęsicka. Zostanie ewentualnie kandydatem na tę funkcję wtedy, gdy szef jej partii wystartuje na prezydenta, czyli albo za wiele lat, albo nigdy. To środowisko raczej pójdzie na dno niż zmieni o jotę własną naturalną hierarchię, co zresztą nie jest wielkim zarzutem, zważywszy, jak wieloletnie scenariusze układane są dla Donalda Tuska. Jedyna różnica jest taka, że tam nie ma kontekstu rodzinnego. A ten najłatwiej wyśmiewać.

A dlaczego Brudziński to powiedział? Bo musiał coś odpowiedzieć w reakcji na pytania o Gęsicką. Bo bezpiecznie jest wysokiemu funkcjonariuszowi PiS nieco okadzić obu braci. A także dlatego, że nasz styk polityki z mediami pełen jest takich w rzeczywistości mało znaczących komunikatów.