Znów było buczenie w czasie obchodów rocznicy powstania. Grupka jakichś ludzi buczała na Jerzego Buzka, Bronisława Komorowskiego i Hannę Gronkiewicz-Waltz. A Lechowi Kaczyńskiemu biła brawo i śpiewała „Sto lat”. Skandal, bo pewnie powinno być odwrotnie.

Żarty jednak na bok. Skandalem jest takie postępowanie w czasie obchodów, szczególnie że miało miejsce na cmentarzu. Zaś jeszcze większym skandalem jest wykorzystywanie tych incydentów do gier politycznych, np. obwiniania ludzi, którzy nie mieli z tym nic wspólnego.

Właściwie nikt nie sprawdził, kim są ludzie, którzy buczeli na cmentarzu Powązkowskim. Ani w tym, ani w zeszłym roku, kiedy ofiarą tego niegodnego zachowania padł nawet Władysław Bartoszewski – nie dość, że powstaniec, to jeszcze osoba wyjątkowo zasłużona w utrwalaniu pamięci o powstaniu. Uznano, że skoro wygwizdano ludzi związanych z PO, a oklaskiwano prezydenta i polityków związanych z PiS, musi to być zaplanowana intryga tych ostatnich.

Stąd przygotowania do tegorocznych obchodów były zdominowane doniesieniami, że powstańcy nie chcą polityków na obchodach. Pisano wręcz „Powstańcy kontra politycy” – w domyśle politycy jednej opcji. Kontra bynajmniej nie miała dotyczyć obecnych władz stolicy. Dziś wiemy, jak bałamutne, wręcz kłamliwe było takie stawianie sprawy, ale sporo złych emocji przez to zostało.

Niestety pewien udział w podgrzewaniu atmosfery miała też osoba wyjątkowych zasług, czyli wspomniany już prof. Bartoszewski. Zaatakował on – i to bardzo ostro – czwórkę osób, które stworzyły Muzeum Powstania. Skądinąd razem z nim i pod jego patronatem. Dziś jednak, gdy owa czwórka jest posłami PiS, profesor nazywa ich funkcjonariuszami tej partii, choć on sam też jest dziś zaangażowanym politykiem. Muzeum profesor nazwał partyjną placówką. I aby zamanifestować dezaprobatę, własne zbiory powstańczych pamiątek przekazał warszawskiej bibliotece miejskiej, nazywając ją instytucją ponadpartyjną. Z przykrością trzeba stwierdzić, że była to jedna z najbardziej surrealistycznych scen w polskiej polityce. Gdy profesor mówił o ponadpartyjności, obok stali premier Tusk, prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz oraz dyrektor biblioteki we własnej osobie Michał Strąk, kiedyś jedna z twarzy PSL, dziś doradca prezesa tej partii.

Wiadomo, że profesor bardzo przeżył upokorzenie, które spotkało go rok temu na cmentarzu. Jednak swój żal skierował pod wyjątkowo złym adresem. Chuliganów z cmentarza postawił na równi z dyrektorem muzeum, mimo że właśnie Jan Ołdakowski w zeszłym roku towarzyszył profesorowi i wspierał go w czasie tamtego haniebnego incydentu.

Niezwykle przykro było to wszystko obserwować. Szczęśliwie uroczystości przebiegły w nieporównanie innej atmosferze. Nikt nie próbował upartyjnić obchodów. Gdy Lech Kaczyński mówił o obchodach rocznicy jako „święcie heroizmu i odwagi”, to nie wygłosił przecież przemówienia PiS-owskiego. Słowa Hanny Gronkiewicz-Waltz też nie były częścią platformerskiej propagandy. A panią prezydent – córkę powstańca – trzeba pochwalić za mądre słowa o powstaniu i powstańcach: „Ta ofiara nie została zmarnowana, bo żyjemy w wolnym kraju i demokratycznym kraju, o jaki oni walczyli”. W istocie rozkazu o wybuchu powstania nie wydali przedstawiciele żadnych skrajnych nurtów politycznych, ale ludzie, którzy wolność integralnie wiązali z demokracją.

Warto o tym pamiętać w czasie bijatyki o doraźne korzyści dla partyjnego PR. Powstanie nie było ani PiS-owskie, ani platformerskie. Było ogólnonarodowe. To prawda banalna, ale którą niestety trzeba przypominać czempionom walki o sondażowe słupki.