Chiny, Indie, Wietnam, Węgry, Finlandia, Bangladesz, Turcja, Jordania. W każdym z tych krajów Rosjanie budują lub będą budować elektrownie atomowe. Łącznie państwowa firma nadzorująca rozwój energetyki jądrowej Rosenergoatom (zwana w skrócie Rosatomem) dostarczy do 2020 r. do tych krajów przynajmniej 20 reaktorów atomowych, a wartość zamówień zagranicznych w realizacji do końca dekady spółka szacowała w grudniu ub. r. na ponad 100 mld dol. Politykę firmy w tej materii najlepiej podsumował podczas konferencji prasowej Kirył Komarow, wiceprezes Rosatomu odpowiedzialny za ekspansję zagraniczną. - Nie ma takiego kraju, w którym nie chcielibyśmy zbudować elektrowni atomowej – powiedział.

Najlepszym tego dowodem są targi Atomexpo, które co roku odbywają się w Moskwie. Podczas urządzanej z prawdziwie imperialnym przepychem imprezy można zobaczyć kierownictwo spółki pijące szampana z przedstawicielami krajów zainteresowanych energetyką atomową. Podczas jednej z edycji fotoreporterom udało się przyłapać prezesa firmy, Siergieja Kirienkę, jak pił szampana z Nigeryjczykami.

Oto zapowiedź tegorocznej edycji targów:

Oferta skrojona pod klienta

Swoim klientom Rosatom jest w stanie zaproponować pakiet usług, którego nie jest w stanie zaoferować nikt inny na świecie. Przede wszystkim nie muszą się martwić o utylizację paliwa atomowego, które po zużyciu pozostaje radioaktywne jeszcze przez tysiące lat i trzeba je składować pod ziemią w miejscach z dala od stref zagrożonych trzęsieniami ziemi, najlepiej w pokładach soli. Rosatom nie tylko klientowi paliwo dostarczy, ale też zajmie się jego odbiorem, bezpiecznym transportem i utylizacją - już w zakładach na terenie Rosji.

Ale to nie koniec oferty handlowej firmy. Rosjanie nie tylko sprzedają reaktory, ale też projektują elektrownie i je budują. Klient otrzymuje siłownię atomową właściwie "pod klucz". Jeśli zaś zachodzi taka potrzeba, Rosatom może także nową elektrownią zarządzać przez kilkanaście lat w ramach rozwiązania nazywanego BOO (z ang. build-own-operate, czyli zbuduj-posiadaj-utrzymuj), który przypomina trochę leasing. Z tego rozwiązania skorzystali np. Turcy w przypadku elektrowni Akkuyu.

Jeśli klient nie dysponuje olbrzymimi sumami, jakich wymaga energetyka atomowa – Rosatom może zapewnić finansowanie inwestycji w wysokości nawet do 90 proc. jej wartości. W tym momencie atomowy biznes miesza się z polityką, bowiem w takich transakcjach rolę pożyczkodawcy pełni Rosja, a konkretnie państwowe banki jak Sberbank. Taką właśnie umowę o finansowanie zawarł w lutym Władimir Putin z premierem Węgier Wiktorem Orbanem. Zakładała ona, że Rosja pożyczy Węgrom 10 mld euro niezbędnych do zbudowania reaktorów Paks 5 i 6 (Komisja Europejska zablokowała chwilowo tę umowę, argumentując, że nie został ogłoszony publiczny przetarg na budowę elektrowni).

Dzięki państwowemu wsparciu Rosatom może nawet zawierać umowy z krajami, których na atom po prostu nie stać, bo koszt budowy takiej elektrowni równa się lub przekracza roczne dochody budżetu. Koszt inwestycji: ok. 10 mld dol. Mniej więcej tyle, ile wynosi roczny budżet kraju.

Z dala od polityki

Prezes firmy Siergiej Kirienko stara się zrobić wszystko, aby przekonać zagranicznych partnerów o tym, że biznes atomowy w Rosji jest jak najdalej od polityki. – Energia atomowa powinna znajdować się poza polityką i bieżącymi nieporozumieniami, bowiem jest to wrażliwa materia, w której najważniejsze jest bezpieczeństwo – mówił we wrześniu ubiegłego roku. W tym celu firma regularnie poddaje się kontrolom przeprowadzanym przez zachodnie firmy audytorskie, w tym KPMG.

Cel takich działań jest oczywisty: przekonać Zachód, że Rosatom jest solidnym partnerem, a nie kolejną firmą trzymaną na pasku Kremla. Po drugie, orbita bliska polityce oznacza, że firma mogłaby oberwać rykoszetem na skutek wspomnianych już "bieżących nieporozumień". Między innymi dlatego pomimo konfliktu na Ukrainie Rosjanie ani razu nie zdecydowali się na wstrzymanie dostaw paliwa do ukraińskich elektrowni atomowych, a Kirienko osobiście chwalił terminowość opłat dokonywanych przez Kijów. Taka strategia się opłaca z obawy przed zachodnimi sankcjami, które mogłyby popsuć biznesowe plany firmy. Blisko było z pewnością na początku tego roku, kiedy Parlament Europejski przegłosował rozszerzenie "środków ograniczających" (tak się je oficjalnie nazywa w Brukseli) na firmę – ostatecznie jednak nie zostały one wprowadzone.

Trudno jednak w branży takiej jak energetyka atomowa oddzielić politykę od biznesu, zwłaszcza, że w przypadku atomowych kontraktów jest to raczej norma niż wyjątek. Rosjanie zorganizowali finansowanie dla dwóch reaktorów w Wietnamie, ale tak samo zrobiło konsorcjum francusko-japońskie, które będzie stawiać dwa kolejne. Poza tym trudno sobie wyobrazić podpisywanie umów w zakresie energetyki bez udziału głów państw. Nie dalej niż w grudniu ubiegłego roku prezydent Władimir Putin wrócił z Indii, gdzie podpisał z premierem kraju Narendrą Modi umowę na dostarczenie aż 12 reaktorów w ciągu następnych 20 lat.

W kraju już działa jedna taka jednostka dostarczona przez Rosjan, w miejscowości Kudankulam w południowym stanie Tamil Nadu; druga jednostka rozpocznie działanie w tym roku, a planowane są jeszcze cztery. Bez dyplomacji nuklearnej takich rzeczy nie sposób załatwić, tym bardziej, że przy okazji sprzedaży reaktorów można dogadywać się w sprawie innych rzeczy. I faktycznie, Indie są dużym odbiorcą rosyjskiej broni, a Wietnam zdecydował się na zakup okrętów podwodnych made in Russia.

Z tego prostego względu nie wszystkich przekonuje ten podział między polityką a biznesem. We wrześniu decyzja rządu w Finlandii o dopuszczeniu Rosatomu do budowy siłowni w pobliżu miejscowości Fennovoima na północy kraju skończyła się odejściem koalicjanta i prawie upadkiem rządu, który ma teraz zaledwie jednoosobową większość w parlamencie.

Przeciw atomowemu układowi z Rosja zaprotestowali również Węgrzy, którzy wyszli na ulice po tym, jak premier Orban podpisał tajną (na okres 30 lat!) umowę o budowie reaktorów Paks 5 i 6. Ze współpracy atomowej z Rosjanami wycofują się też kraje naszego regionu: Czesi, Słowacy (którym już obiecano finansowanie budowy elektrowni), a także Bułgarzy.

Sami do nas przyjdą

Klientów Rosatomowi napędza bardzo często sam Zachód, niechętnie patrzący na pojawianie się technologii atomowych w niestabilnych regionach świata. Tutaj dobrym przykładem jest Jordania. Ten "kluczowy sojusznik NATO na Bliskim Wschodzie", jak określają kraj władze amerykańskie, od dawna starał się o możliwość budowy reaktorów przy użyciu zachodnich technologii i z zachodnim finansowaniem.

Atom władzom w Ammanie jawi się jako prawdziwe wybawienie. Kraj bowiem nie ma własnych surowców energetycznych i zależy w tej kwestii kompletnie od swoich sąsiadów, a konkretnie od Egipcjan, którzy rurociągiem przez półwysep Synaj sprzedają Ammanowi gaz ziemny, będący podstawą produkcji elektryczności w kraju. Jednak na skutek zawirowań związanych z arabska wiosną rurociąg został uszkodzony i Jordańczycy zostali zmuszeni do wytwarzania elektryczności ze spalania znacznie droższego oleju napędowego, co zwiększyło ich dług w 2013 r. o 2 mld dol. – niebagatelna suma przy budżecie opiewającym na 10 mld dol.

Amerykanie postawili jednak Ammanowi jeden, twardy warunek: nie będziecie wzbogacać uranu, czyli na własną rękę produkować paliwa do reaktorów (ten sam proces odpowiada bowiem za produkcję materiału rozszczepialnego do bomb atomowych). Ta pigułka była nie do przełknięcia dla króla Abdullaha, który w wydobyciu i wzbogacaniu uranu widzi szansę na zyski kraju z eksploatacji 110 tys. ton pokładów rud zawierających ten pierwiastek.

- Waszyngton, przez swój dogmatyzm nie potraktował na serio jordańskich preferencji i w efekcie zwrócili się oni do Rosji. Jeśli Waszyngton dalej będzie w taki sposób prowadzić swoją politykę względem nierozprzestrzeniania technologii atomowych, podobnie jak Jordan postąpią inni – tworząc pole do popisu dla dyplomacji nuklearnej Moskwy – komentował Paul Sanders, który za administracji Busha pełnił rolę starszego doradcy w Departamencie Stanu.

Podpisanie umowy odbyło się 11 listopada 2014 r. Dwa reaktory budowane w schemacie BOO dodatkowo zapewnią krajowi moc niezbędną do desalinizacji wody morskiej. Zresztą elektrownie połączone z takimi instalacjami rosyjskiej produkcji mogą niebawem stać się hitem eksportowym Rosji w Zatoce Perskiej, gdyż wiele tamtejszych krajów rozważa atom właśnie przez wzgląd na konieczność odsalania morskiej wody.

W listopadzie Moskwa dogadała się również z Iranem w kwestii budowy dwóch kolejnych reaktorów obok już istniejącej, jedynej perskiej siłowni Bushehr. CZYTAJ WIĘCEJ NA TEN TEMAT >>>

Rosja skazana na atom

Dla Rosji energia jądrowa jest kluczowa z punktu widzenia niezależności energetycznej. W ub. r. 34 działające reaktory atomowe dostarczyły rekordowych 180,5 TWh elektryczności, co przedkłada się na ok. 18 proc. całkowitej produkcji. Plan jest jednak znacznie bardziej ambitny i zakłada wytwarzanie 25-30 proc. elektryczności z atomu w 2030 r., 45-50 proc. w 2050 r., a pod koniec wieku – aż 70-80 proc.

Rozwój energetyki atomowej opłaca się Moskwie także z powodów finansowych. Dominującym surowcem energetycznym obecnie jest gaz ziemny, którego spalanie zaspokaja połowę rosyjskich potrzeb. Problem polega jednak na tym, że Gazpromowi pięć razy bardziej opłaca się sprzedawać gaz odbiorcom zagranicznym niż krajowej energetyce. Dlatego odsetek wydobycia konsumowanego lokalnie ma spaść o połowę z dzisiejszych 60 proc.

Rosjanie nie tylko chcą budować nowe elektrownie u siebie, ale w ciągu najbliższej dekady stoją też przed koniecznością wymiany starych jednostek. To wszystko sprawia, że branża atomowa ma potężny impuls rozwojowy, a Kreml nie skąpi środków na opracowywanie nowych konstrukcji. Do tego Rosjanom sprzyjają światowe trendy: Niemcy i Japończycy po katastrofie w Fukuszimie postanowili zrezygnować z atomu. Amerykanie niby rozwijają swoje technologie, ale nie planują konstrukcji nowych siłowni. Na francuską Arevę zaś potencjalni klienci będą patrzeć w ostrożnością po tym, jak koncern nie może się uporać z zakończeniem budowy elektrowni w Finlandii; termin oddania reaktora co rok się przesuwa, a koszt budowy niedługo trzykrotnie przekroczy zakładane wydatki. To wszystko oznacza, że niedługo jak ktoś będzie chciał kupić nowoczesny reaktor, nie będzie miał innego wyjścia, jak udać się do Rosji.

Tym bardziej, że oferta jest duża. Rosjanie zamierzają m.in. sprzedawać małe reaktory o modularnej budowie i mocy ok. 300 MW, składane z już gotowych komponentów - idealnych do montażu w trudno dostępnych miejscach. Taka jednostka ma być niedługo zamontowana w Kazachstanie. Oprócz tego, korzystając ze swojego doświadczenia w budowie lodołamaczy z napędem atomowym, Rosjanie chcą też oferować jeszcze mniejsze, pływające reaktory montowane na statkach, które po zacumowaniu podłączałoby się kablem do lokalnej sieci energetycznej. Jednak największą inwestycją rosyjska jest Projekt Przełom, czyli budowa tzw. reaktorów powielających, wykorzystujących jako paliwo także trudno rozszczepialny uran 238, zamieniany już we wnętrzu reaktora w pluton 239, który jest rozszczepialny. To dlatego o tych reaktorach mówi się, że same produkują sobie paliwo, bowiem używane obecnie zawiera zaledwie 4-5 proc. materiału rozszczepialnego.