Tarcza przeciwrakietowa średniego zasięgu "Wisła" jest kluczowym programem modernizacyjnym polskiej armii. Jego wartość waha się od 10 do 12 mld zł. Te pieniądze są inwestycją zwiększającą możliwości obronne Polski przed pociskami balistycznymi. W ten sposób zmniejszamy również oddziaływanie rosyjskiej groźby rozmieszczenia w obwodzie kaliningradzkim iskanderów.

W czerwcu ubiegłego roku urzędnicy Ministerstwa Obrony Narodowej zdecydowali, że w dalszych negocjacjach nad "Wisłą" udział wezmą amerykański Raytheon oferujący zestawy Patriot i francuskie konsorcjum Eurosam (Thales - MBDA) proponujące zestawy SAMP/T.

Postępowanie w tej sprawie jest niejawne. Nieoficjalnie wiadomo jednak, że ten, kto wygra przetarg, będzie zobowiązany, by dostarczyć "rozwiązanie tymczasowe" w ciągu 36 miesięcy od momentu podpisania umowy. Mówi się o dwóch bateriach, w skład których mogłyby wchodzić dwie do czterech wyrzutni rakiet.

- Wykonawcę w programie "Wisła" chcemy wybrać do końca roku - deklaruje płk Jacek Sońta, rzecznik MON. Załóżmy dosyć optymistycznie, że resort obrony w pierwszej połowie przyszłego roku podpisze umowę z dostawcą tarczy rakietowej (od wyboru do podpisania umowy minie co najmniej kilka miesięcy potrzebnych na szczegółowe negocjacje).

Kiedy można się więc spodziewać małej tarczy rakietowej? - W przypadku Francji sytuacja jest klarowna - w ubiegłym roku francuskie siły zbrojne odebrały ostatnie dwa z 12 zamówionych zestawów rakietowych SAMP/T. One znajdują się w rezerwie. W związku z tym skierowanie jednej czy dwóch baterii do Polski jest zupełnie realne - mówi Andrzej Kiński, ekspert ds. uzbrojenia i redaktor naczelny "Nowej Techniki Wojskowej". Oczywiście trzeba pamiętać, że tego typu rozmowy toczą się na szczeblu rządowym, a nie z samym dostawcą. Wiadomo jednak, że rząd Francji w tej materii nie widzi przeciwwskazań.

- Samo przewiezienie baterii to kwestia najwyżej kilku dni - wyjaśnia w rozmowie z DGP Didier Philippe, wiceprezes MBDA, jednego z członków francuskiego konsorcjum.

Bardziej skomplikowana sytuacja byłaby w przypadku zwycięstwa Amerykanów. Choć jeszcze w maju ubiegłego roku amerykańska Izba Reprezentantów przyjęła projekt budżetu, który przewidywał rozmieszczenie dwóch baterii Patriot w Polsce do końca 2014 r., to na to rozwiązanie nie zgodziła się administracja prezydenta Baracka Obamy. To pokazuje, że w USA nie ma zgody politycznej co do ewentualnego rozmieszczenia rakiet w Polsce.

Mimo tego przedstawiciele Raytheona nie tracą rezonu. - W odróżnieniu od konkurencji nasze linie produkcyjne cały czas pracują, w tym roku mamy zamówienia na 20 nowych baterii i modernizację 95 innych. Gdyby zatem zaistniała taka potrzeba, za zgodą naszych klientów możemy odpowiednio zmienić terminy dostaw i dostarczyć do Polski baterie tak szybko, jak to będzie konieczne - tłumaczy John Baird, wiceprezes odpowiedzialny za Polskę w dziale zintegrowanej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej Raytheon IDS.

Problem w tym, że dotychczasowi klienci Raytheona (np. na Bliskim Wschodzie - Katar albo Kuwejt) mogą nie być zainteresowani tym, by rezygnować ze swoich baterii na rzecz Polski. Firma deklaruje, że w ciągu 36 miesięcy od podpisania umowy baterie na pewno się pojawią. Pytaniem otwartym pozostaje, kto o użyciu małej tarczy będzie decydował. Obsługiwaliby ją amerykańscy lub francuscy żołnierze.

- Mała tarcza jest możliwa, gdyby Polska zdecydowała się na konsorcjum Eurosam. Ale nic na to nie wskazuje, by MON się na takie rozwiązanie zdecydowało - kierownictwo polityczne resortu od początku stawia na amerykańskiego Raytheona - deklaruje poseł Ludwik Dorn, członek sejmowej komisji obrony narodowej.

- Moim zdaniem możliwe jest to, że MON wycofa się z kryterium rozwiązania pomostowego lub zostanie ono w pewien sposób zmiękczone - dodaje.

Zgodnie z planami MON dostarczanie baterii przeciwrakietowych, które mają spełniać wszystkie nasze wymagania (rozwiązanie tymczasowe tego prawdopodobnie nie musi), ma się rozpocząć w 2022 r.

Tarcza "Wisła" jest kluczowym programem modernizacji armii

Magiczne 2 proc. PKB na armię

Rząd przyjął ustawę o modernizacji sił zbrojnych. Przewiduje ona, że corocznie w budżecie na armię ma być zapisane co najmniej 2 proc. PKB zamiast obecnych 1,95. Nowy zapis wpłynie już na przyszłoroczny budżet, wydatki na wojsko zwiększą się z tego powodu o 800 mln zł. W kolejnych latach będzie to już blisko miliard. Jak wynika z Oceny skutków regulacji do projektu, w ciągu 10 lat wydatki na MON zwiększą się dzięki zmianie łącznie o niemal 12 mld zł. Ustawa przewiduje także, że co najmniej 20 proc. tej sumy zostanie użyte na zakupy sprzętu. To zmiana postulowana przez prezydenta Bronisława Komorowskiego i rząd. Jej bezpośrednią przyczyną była agresja Rosji na Ukrainę i zaostrzenie sytuacji w naszym regionie Europy. W ten sposób Polska spełnia zobowiązania wobec NATO i potwierdzone na zeszłorocznym szczycie sojuszu w Newport.

W ubiegłym roku na modernizację sił zbrojnych MON wydało 8,27 mld zł, tj. 26 proc. budżetu MON. Program modernizacji sił zbrojnych przewiduje, że do 2022 r. na ten cel ma być wydane 91 mld zł. Obejmuje on 14 szczegółowych pozycji dotyczących budowy obrony powietrznej, wzmocnienia marynarki wojennej, modernizacji czołgów Leopard, zakupów śmigłowców czy wzmocnienia artylerii wojsk lądowych. Ostateczna forma zapisu, jaka znalazła się w ustawie, pokazuje, że ministrowi finansów nie udało się wprowadzić możliwości okresowego zmniejszania wydatków na MON. Proponował, by ustawa przewidywała, że średnie wieloletnie wydatki na obronność nie powinny być mniejsze niż 2 proc. PKB. Jednak w poszczególnych latach byłaby możliwość ich niewielkiego zmniejszenia.

Resortowi finansów dawałoby to większy komfort przy konstruowaniu budżetu w gorszych gospodarczo latach, gdy trzeba szukać oszczędności w wydatkach. Tak było w dwóch dotychczasowych nowelizacjach budżetu w latach 2009 i 2013. Wówczas to MON było źródłem największych oszczędności.

CZYTAJ TEŻ: Michaił Gorbaczow grozi: Zachód na drodze do nowej zimnej wojny z Rosją >>>