Krzysztof Materna, Krzysztof Zanussi wypominają panu, że za mało pan jest z artystami. Za rzadko pojawia się pan na premierach. "Niech nas trochę uwodzi, jak minister Zdrojewski" – to postulat pana Zanussiego.

Wie pan, Zdrojewski miał chyba więcej wolnego czasu.

Bo nie był wicepremierem?

Nie tylko. Mniej chyba robił w ministerstwie. Sprzątamy właśnie po PO: nie wprowadzali nawet dyrektyw europejskich. Chcą mnie widzieć jako wodzireja, czy może wolą mieć 50-procentowe ulgi podatkowe? Chcą, żebym bywał na salonach, czy żebym przygotował system nowych "zachęt" dla producentów filmowych?

To ruch między innymi na rzecz ambitnych koprodukcji filmowych.

Owszem. A wie pan, jaka była reakcja na nowy system prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich pana Jacka Bromskiego? Niezadowolenie, że będzie miał większą konkurencję niż do tej pory. To klasyczny mechanizm korporacyjny. Rozumiem już, dlaczego Polska jako jedyna takiego systemu zachęt nie stworzyła (sorry, panie Prezesie, ale jechał pan ostatnio po mnie zdrowo w mediach, więc to taki drobny rewanż…).

W filmie unikał pan interwencji programowych. Ale w teatr parę razy się pan wtrącał.

W Polsce jest sto kilkadziesiąt teatrów. Ja się do nich kompletnie nie wtrącam, chociaż często daję na nie pieniądze. Są tysiące spektakli, a były trzy incydenty, kiedy powiedziałem: "nie pozwalam". Dlaczego? Bo wbrew temu, co twierdzi pan Mieszkowski, nie ma pełnej wolności w sztuce, choć jej granice powinny być jak najszersze. A jeśli teatr zapowiedział żywą, twardą pornografię na scenie, musiałem interweniować. To był mój obowiązek, bo uważam, że takie rzeczy to – co najwyżej – w prywatnym lupanarze, a nie w publicznym teatrze za państwowe pieniądze… A ocena spektaklu, wbrew kłamstwom pana Petru, nic do tego nie miała. No i wypełniając swój obowiązek, zostałem "cenzorem"…

Bo to była prowokacja. Dał się pan złapać.

Tak nawet twierdził mój brat, ale nie pozostawiono mi po prostu wyboru. Taka grecka tragedia ministra kultury. A co do dwóch pozostałych spraw: w Polsce nie ma cenzury, ale ja ponoszę odpowiedzialność za dotacje. Przyznając pieniądze na Maltę, wiedzieliśmy, że jednym z kuratorów festiwalu jest Frjilić. Tyle że on zrobił "Klątwę" w Teatrze Powszechnym później, kiedy pieniądze były już formalnie przyznane. To było coś, co łamało tabu, niszczyło polską kulturę, budował społeczny konflikt. Oliver Frjilić deklarował to zresztą publicznie: jego celem jest dzielenie ludzi.