Nikt nie wie jeszcze, co się stało w Rosji. Czy doszło do realnej zmiany władzy? Czy Miedwiediew będzie rządził, a jeśli tak, to czego on chce? Czy chce liberalnych zmian, czy chce być Aleksandrem II, carem reformatorem, czy też - jak wielu innych carów - jedynie swój liberalizm udaje? Tego nie wiemy. Ale broniłbym niepopularnej w Polsce tezy. Otóż że jeśli nawet nic się w Rosji nie zmieni, nie będzie to dla Polski wielkim nieszczęściem. Bo epoka Putina nie była dla Polski najgorsza. To raczej my z infantylnym uporem uparliśmy się widzieć w putinowskiej Rosji samo zło. I - powiedzmy szczerze - wcale nie dlatego, że Putin zachowywał się w stylu wschodniego despoty. Kolejne jego grzechy, często wręcz zbrodnie - Czeczenia, Dubrawka, Kursk, Biesłan - jedynie służyły jako dowód wcześniej przyjętej tezy. Że Rosja odradza się jako imperium, że Katarzyna żyje, że Breżniew wraca do władzy.

Gdy Putin objął rządy, Polska uparła się widzieć w nim jedynie kagiebistę. Przez wiele lat polscy politycy i media dowodzili, że Putin to uzurpator, a prawdziwa Rosja to ta, o której opowiadają moskiewscy liberałowie. Dlatego też o nich tylko się pisało, z nimi jedynie się rozmawiało, ich ocenę Rosji i Putina traktowano jako wzorzec. Dopiero po kilku latach Polacy zauważyli, że liberałowie mają mniej więcej takie znaczenie jak w Polsce UPR. I zrozumieli, że nie ma innej Rosji niż Rosja Putina. Że to wszystko, co nas oburza, większość Rosjan traktuje jako sensowną cenę za wyjście z epoki Jelcyna, którą zapamiętali nie jako święto demokracji, ale jako jedno wielkie narodowe upokorzenie. Jak wtedy zareagowaliśmy? Zaczęliśmy ostro krytykować Rosję. Demaskować jej autorytaryzm i brutalność. Kiedy nie mniej od nas wrażliwa na prawa człowieka Europa próbowała się z Rosją porozumieć, my pryncypialnie ją krytykowaliśmy.

Nasze zachowanie brało się z obsesyjnego lęku przed silną Rosją. Kiedy zobaczyliśmy prezydenta, który zamiast się upijać i podlizywać Zachodowi, stroi groźne miny i opowiada o odbudowie imperium, wystraszyliśmy się. Tak bardzo, że przeoczyliśmy to, co jest istotą putinowskiej Rosji. A mianowicie, że nie jest to wcale odradzające się imperium, ale rozpadające się państwo, które nadludzkim wysiłkiem eksponuje resztki swojej dawniej wspaniałości. Niemal cała siła Rosji jest bowiem tylko pozorem. Blefem stworzonym po to, by Rosjanom przywrócić narodową dumę, a Zachód zmusić do respektu.

Ale nasz błąd był jeszcze większy. Nie tylko nie potrafiliśmy zrozumieć Rosji, nie potrafiliśmy też dostrzec naszego własnego interesu. Tego, że gdyby nawet okazało się, że z czasem Rosjanie stają się realnie silni, to nadal nie jest to dla Polski zagrożeniem. Odwrotnie, jeśli Polska ma jakiś wyraźny interes na wschodzie, to jest nim Rosja znacznie silniejsza niż obecnie. Ponieważ bardziej od agresji, którą zrodzą apetyty Rosji, zagraża nam jej słabość.

Poranieni historią Polacy nie dostrzegli, że Zachód bardziej wnikliwie rozumie sytuację Rosji. I oczekuje Moskwy na tyle silnej, aby skutecznie kontrolowała olbrzymie rosyjskie terytorium. Tego, by kolejni władcy Kremla byli wystarczająco silni, by kontrolować olbrzymie rosyjskie terytorium. Europa panicznie się boi kryzysu władzy w Moskwie, powtórki z Bałkanów na obszarze kilkadziesiąt razy większym, na którym są w dodatku wielkie arsenały.

Zapewne można sobie wyobrazić Rosję tak silną, że w końcu groźną. Jednak błąd polskiej optyki polega na tym, że widzimy tę sytuację już dziś. Tymczasem Rosja putinowska nigdy silna nie była, ani na początku kadencji, ani dziś. To niby- imperium potrafi zorganizować bizantyjskie przejęcie władzy, jego prezydent może udawać boskiego cezara w stylu Dioklecjana, ale gdy pojawia się realny problem, jego pretorianie nie potrafią odbić zakładników w Biesłanie. Rosja, wbrew polskim lękom, pozostała słabym państwem, ekonomicznym karłem i rozpadającym się społeczeństwem. Jest krajem przypominającym Trzeci Świat, który turystów wita kilkoma wielkimi miastami, zaś naprawdę jest jedną wielką cywilizacyjną pustynią, której mieszkańcy znają tylko nędzę, wódkę i AIDS.

Zmiana warty w Rosji to dobry moment aby dostrzec infantylizm naszej wschodniej strategii. Oraz to, że popadając w trwały konflikt z Rosją, popełniamy strategiczny błąd. Otóż oddajemy pole innym. Zapominamy, że Europa nigdy nie zrezygnuje z wywierania wpływu na los Rosji. Berlin, Paryż czy Rzym zawsze będą szukały porozumienia z Rosją. Polska może w tych rokowaniach uczestniczyć, może być stroną formułującą swoje warunki, a nawet - w wypadku jakiejś nagłej eksplozji politycznych talentów - może odegrać rolę kluczową. Jednak dzisiejsza nasza strategia skazuje nas na coś zupełnie odwrotnego - budzi irytację Europy i coraz większą potrzebę porozumienia za naszymi plecami.

Robert Krasowski