Ukończył Uniwersytet Wileński. Kilka lat mieszkał w Moskwie i Leningradzie, gdzie przyjaźnił się z poetami i pisarzami rosyjskimi, m.in. z przyszłym noblistą Josifem Brodskim. Był jednym z założycieli Litewskiej Grupy Helsińskiej. W obliczu grożącego aresztowania w 1977 roku wyemigrował do USA. Z pomocą przyszedł mu Czesław Miłosz, który uzyskał dla litewskiego poety zaproszenie na półroczny cykl wykładów na Uniwersytecie Berkeley. Artykuły i eseje pisze po angielsku, rosyjsku, a niekiedy też po polsku. Wiersze tworzy wyłącznie w języku litewskim. Z książek Venclovy wydanych w naszym kraju należy odnotować wielokrotnie wznawiany tom wierszy "Rozmowa w zimie", eseje o literaturze "Niezniszczalny rytm", monografię literacką "Aleksander Wat: Obrazoburca" i monografię miasta "Opisać Wilno".

Poezja Venclovy, acz zwykle zamknięta w tradycyjnej formie rymowanego wiersza sylabotonicznego, nie jest wcale tradycjonalna ani neoklasycystyczna. Zresztą poeta nierzadko rozluźnia formę, sięga po wiersz nieregularny, a nawet wolny. Treść tych wierszy jest na wskroś nowoczesna, czasem wręcz ocierająca się o publicystykę. Nie jest to poezja łatwa w odbiorze: gęsta od obrazów i znaczeń, niewolna od aluzji literackich. W przypadku "Dyktatora" kontekstem tego utworu są podejmujące ten sam temat wiersze Audena, Brodskiego, Herberta, chyba nawet powieść Marqueza "Jesień patriarchy".

p

Dyktator

W fabryce, w więzieniu, na tronie pozostawał wieśniakiem.
Potrafił odróżnić ziarno od plew, w jarzmo zaprząc dziarsko
parę tępych byków. Ustawiczną troskę gospodarską
odczuwa każde narzędzie i bydlę, człowieka też w to wliczając.
Bat, wiązka słomy. Wiedział, czego się spodziewać po wszelakich
przyjaciołach i wrogach. Wypleniwszy doszczętnie zło, zajął

się lepszym jutrem. Z miejskich rozrywek - teatr mu się podobał
Gdy zbliżyła się przyszłość i prawie wszyscy, skruszeni,
pojęli własne winy, brakowało mu już tylko sceny.
Na miejscu wysypisk śmieci wyrósł bez mała drugi
marmurowy babilon. W sali może się zmieścić Bazylika Piotrowa,
Notre Dame i Westminster, a balkon, na sto mil długi,

stoi pusty, ażeby pojawiająca się na nim postać
jak wykrzyknik upajała tłumy - zarówno dójki, jak denuncjatorów -
na Polach Elizejskich (nie różniących się od pierwowzoru,
lecz dużo dłuższych i szerszych i, niestety, nie w centrum Paryża).
Lecz wszyscy się mylimy. Inne Elizjum miało mu się dostać,
w spalonej glebie, w spiekocie, u stóp chylącego się krzyża

i czerwonej gwiazdy (aby obaj bogowie byli dlań litościwi).
Nad kopcem ziemi gniją kolory flagi państwowej
i sztuczne kwiaty, zupełnie jak ścięte głowy,
wstydliwie wypełniają żałosny wazon z fajansu.
Karteczka z napisem "Dziękujemy za wolność" nie dziwi,
bo przecież zbyt banalnie byłoby powiedzieć sic transit.

Dalej są martwe przestworza, okna bez kwiatów i firan.
Jak smużka kleju na liście rozdartym przez cenzora
lśni twardy nieboskłon. Ta stolica do łez nie jest skora.
Rdzewieją sklerotyczne konstrukcje. Bezrobocie i upodlenie.
Milion bezdomnych (aborcji zabronił nasz tyran)
i chude bezpańskie psy. Tu nie kończy się Boże Narodzenie,

gdy brezent przykrył niby skrwawiona powłoka
i dziesięć z okładem garści czarnoziemu zasypało
tego, co wierzył do końca, że kocha go naród cały.
Szumią nędzne topole i wrona nurkuje nisko,
i książkę od historii zamyka po lekcji chłopak
nie zapamiętawszy jego nazwiska.

Przełożył Zbigniew Dmitroca