"Nie dociera do mnie, że tata nie żyje. Obiecywał, że się spotkamy i porozmawiamy o tym jak było na uroczystościach w Katyniu" – mówi przez łzy syn Leszka Deptuły Michał.

Reklama

"Tata bał się rządowych samolotów. Wcześniej leciał jakiem i mówił, że to wstyd dla państwa, że tak przestarzały sprzęt jest nadal używany. Ale kolega z partii odstąpił mu miejsce w maszynie, którą leciał prezydent. Życzyłem mu szczęśliwego lotu. A on powiedział ze śmiechem, że ma taką nadzieję..." – opowiada najmłodszy syn posła.

Wstrząsająca wiadomość zastała Michała w Krakowie. Na co dzień studiuje politologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Do domu przyjeżdża głównie w weekendy. Przy niedzielnym obiedzie miał spotkać się z ojcem. Okrutny los zrządził inaczej.

"Najpierw były jakieś wiadomości w telewizji, a potem rozdzwoniły się telefony od całej rodziny. Długo nie mogłem uwierzyć, że coś takiego mogło się wydarzyć. W duchu, powtarzałem sobie, >>przecież to nie możliwe, to nie jest prawda<< – opowiada Michał.

Zaraz po potwierdzeniu tragicznej informacji zdecydował się o natychmiastowym powrocie do rodzinnego domu w Wierzchowinach na Podkarpaciu. Wsiadł w samochód, ale był tak roztrzęsiony, że nie był w stanie samodzielnie prowadzić. Pomocną dłoń wyciągnął kolega, który przejął obowiązki kierowcy.

"Podróż do domu była prawdziwym koszmarem. Łzy płynęły same do oczu. Droga dłużyła się niemiłosiernie. Wspominałem wszystkie ostatnie kontakty z ojcem. Choć był człowiekiem bardzo zapracowanym, zawsze znajdował czas dla najbliższych. Dzwoniliśmy do siebie praktycznie codziennie. Ostatnio prosiłem go o pożyczenie samochodu. Stwierdził, że nie ma sprawy, bo i tak leci na uroczystości i nie będzie mu potrzebny. Poprosił, żebym skosił przed domem trawnik. Już nie zobaczy, jak to zrobiłem..." – pogrążony w bólu syn ociera łzy.

W niedzielę żona posła Joanna razem ze starszym synem posła Tomaszem polecieli do Moskwy, aby zidentyfikować ciało zmarłego.

Leszek Deptuła był posłem od trzech lat. Wcześniej był marszałkiem województwa Podkarpackiego. Do Katynia wybierał się po raz pierwszy.