Jestem wielki fanem "Painkillera"! To polska gra i jest naprawdę niesamowita. Wymaga od gracza wszystkich umiejętności oraz
cech, jakie musi posiadać zawodowy gamer: świetnego timingu, umiejętności tworzenia, a potem wprowadzania w życie strategii, celności, sprawnego poruszania się.
Oczywiście "Quake III". Gdy byłem dzieckiem, uwielbiałem też "Mortal Kombat" oraz gry z serii "Mario", np. "Mario Strikes"
czy "Mario Kart: Double Dash". Kiedyś przez kilka miesięcy grałem w "Warcrafta", ale tylko dla funu. Tak naprawdę lubię bardzo różne gry.
Oczywiście. W 1985 roku, kiedy miałem cztery lata, zagrałem w "Microsoft Flight Simulator". To było naprawdę super - siedziałem za sterami odrzutowca, a przecież byłem w końcu małym dzieckiem. Cool!
Gdy byłem młodszy, uprawiałem wiele dyscyplin sportu, a więc rodzice niezbyt się martwili, że dodatkowo gram na komputerze. Zresztą do gier siadałem zwykle w nocy lub wtedy, gdy na zewnątrz
było bardzo zimno albo padało. W tym okresie gry komputerowe były dla mnie hobby nocnym, czymś, co robiłem dla zabicia czasu. Tak było jednak tylko do moich 18. urodzin.
Postanowiłem wziąć udział w pierwszym turnieju gier komputerowych, co nie spodobało się mojemu ojcu. Zaczął się o mnie martwić, bo spędzałem mnóstwo czasu przed komputerem, i to nawet
wtedy, gdy za oknem świeciło słońce, a moi kumple grali w kosza. Tłumaczyłem wtedy, że jeśli przygotuję się dobrze do zawodów, to zajmę wysokie miejsce i wygram pieniądze. A ojciec na
to, że marnuję czas, że nie zrobię tak kariery. W końcu stanęło na dwumiesięcznym okresie próbnym. Obiecałem, że jeśli przez ten czas nie będę odnosił większych sukcesów, dam sobie
spokój. Na początku oczywiście nic nie wygrywałem, studiowałem w niepełnym wymiarze godzin w college’u i dorabiałem jako kelner. W końcu jednak wziąłem udział w turnieju i
zwyciężyłem. Do domu wróciłem z czekiem na cztery tysiące dolarów.
Na pewno postanowiłem nie porzucać hobby, jakim były wtedy dla mnie gry komputerowe. Z czasem wygrywałem coraz częściej, zarabiałem coraz większe pieniądze. W końcu znalazłem sponsora,
dzięki któremu mogłem podróżować po świecie. I dopiero wtedy podjąłem decyzję, by zostać graczem profesjonalnym.
W ciągu ostatnich 7-8 lat uczestniczyłem średnio w ośmiu dużych turniejach w ciągu roku. Do tego oczywiście dochodziło po kilka mniej ważnych imprez. Jednak od jakiegoś czasu praktycznie
nie startuję w mniej znaczących zawodach. Po pierwsze nie ma tam zbyt dużych pieniędzy do wygrania, a po drugie staram się nie pokazywać zbyt często, jak gram.
Bo to osłabia moją przewagę nad przeciwnikami. Swoje techniki walki i strategię trzymam w najskrytszej tajemnicy - to one dają mi zwycięstwo.
Cóż, sam dla siebie jestem trenerem. Jako osoba bardzo zdyscyplinowana nie potrzebuję nadzoru żadnego opiekuna, by ćwiczyć. Sam potrafię zorganizować sobie czas i ciężko trenować.
Nie. Wstaję w południe, jem śniadanie, potem gram przez cztery godziny. Po pierwszej sesji idę pobiegać - codziennie staram się przebiec minimum 2 - 3 mile, czyli ok. 5 km. Wracam, jem lunch,
relaksuję się. Znowu gram dwie godziny, potem przerwa na odpoczynek i znowu 2 godziny grania. Zwykle kończę o czwartej nad ranem i wtedy się kładę spać. Śpię do 12 i od nowa. Mój plan
zakłada osiem godzin treningu dziennie, rzadko zdarza mi się grać po 12 - 13 godzin. Wszystko, co ugram ponad to, traktuję jako bonus, coś ponad założone minimum.
Gdy zbliża się turniej, staram się unikać napojów z kofeiną - kawy i napojów energetycznych - oraz alkoholu. Zwykle, tak jak w tej chwili, piję soki owocowe oraz niegazowaną wodę
mineralną. Staram się też zdrowo odżywiać. Na śniadanie zjadam owsiankę, na lunch - kanapki z indykiem albo szynką, a na kolację - zupy. Bardzo staram się zwracać uwagę na to, co jem,
choć nie zawsze mi się udaje. Ale na pewno nie żywię się głównie pizzą na wynos oraz napojami z puszek.
Chcę grać tak długo, jak to będzie możliwe. W tej chwili czekam na pojawienie się gry, która mnie zafascynuje na tyle, by znów brać udział w turniejach. Na razie żadnej takiej nie ma,
więc zajmuję się głównie propagowaniem idei cybersportów i pomaganiem innym zawodnikom w zostawaniu zawodowcami.
Mam swoją firmę Fatal1ty, która zajmuje się produkcją akcesoriów komputerowych. Jej produkty sprzedawane są w 120 krajach świata. W ostatnim roku zarobiła 40 mln dolarów. Mam markę,
którą sam stworzyłem, i nadzieję, że obu uda się przetrwać dość długo. To takie moje dzieci (śmiech) i zależy mi, by dobrze im się wiodło.