Szczegóły tego odkrycia opublikowano na łamach dzisiejszego numeru tygodnika "Science". Mała rybka zjada małża, ją - średnia, średnią - większa, i tak dalej. Tak w największym uproszczeniu wygląda łańcuch pokarmowy - podstawowy system zależności między różnymi organizmami zasiedlającymi morski ekosystem. Mogłoby się wydawać, że usunięcie tego ostatniego ogniwa - największej ryby - nie będzie katastrofalne w skutkach. Ot, po prostu łańcuch by się nieco skrócił.
Jak się jednak okazuje, przyroda ceni sobie każdy element ekosystemu. Jednoznacznie dowiodły tego badania ekologów z Departamentu Biologii Dalhousie University w Halifaksie (Kanada) oraz ich kolegów z Instytutu Nauk Morskich przy University of North Carolina w Chapel Hill (USA), których poczynaniami kierował dr Ransom Myers. Badacze postanowili się bliżej przyjrzeć, jaki wpływ na życie morskich organizmów z atlantyckiego wybrzeża Północnej Karoliny miało skurczenie się populacji największych tamtejszych drapieżców - wielkich rekinów.
Podobnie jak w innych zakątkach świata, także i tutaj w ciągu ostatnich dziesięcioleci odnotowano dramatyczne zmniejszenie się liczby przedstawicieli kilku gatunków tych wielkich ryb, m.in. żarłaczy białych, żarłaczy tępogłowych oraz rekinów młotów. W przypadku rekina młota tropikalnego (Sphyrna lewini) oraz żarłacza tygrysiego (Galeocerdo cuvier) badacze odnotowali aż 97 proc. spadek liczebności. Z kolei ilość żarłaczy tępogłowych, cienkoskórych oraz rekinów młotów zmniejszyła się na niektórych obszarach aż o 99 proc.!
"Liczby te nie powinny nas aż tak bardzo dziwić zważywszy na to, jak intensywnie odławia się wielkie rekiny przez wzgląd na ich mięso i płetwy, na które jest coraz większy popyt" - mówi dr Julia Baum, współautorka badań z Dalhousie University.
Szacuje się, że co roku na całym świecie zabija się ok. 73 mln wielkich rekinów. W trakcie swych badań naukowcy zajęli się także pozostałymi ogniwami atlantyckiego łańcucha pokarmowego - mniejszymi drapieżnikami oraz znajdującymi się niemal na jego początku skorupiakami i mięczakami. Tu okazało się, że zniknięcie ostatniego ogniwa całkowicie dezorganizuje morski ekosystem, wpływając nie tylko na bezpośrednie ofiary drapieżników. Największe zmiany dotyczyły organizmów, które na pierwszy rzut oka nie mają nic wspólnego z wielkimi myśliwymi.
"Z naszych badań wynika, iż w północnozachodnim Atlantyku doszło do dramatycznego zmniejszenia się populacji przegrzebków, małgwi, piaskołazów (rodzaje małży) oraz ostryg" - mówią autorzy. Dlaczego? Tu odpowiedź przynoszą badania drapieżników będących ogniwami pośrednimi atlantyckiego łańcucha pokarmowego: płaszczek i mniejszych rekinów.
Na skutek wybicia największych drapieżców, w przypadku 12 z 13 obserwowanych gatunków, znacznie zwiększyła się liczba ich przedstawicieli. Na przykład płaszczka Rhinoptera brasiliensis w ciągu ostatnich 30 lat zwiększyła swą populację 20-krotnie. Oczywiście wszystkie te ryby muszą coś jeść i tu dochodzimy do rozwiązania oceanicznej zagadki.
"Ilość małży, którymi się karmią, osiągnęła tak niski poziom, że ich odłów jest nieopłacalny dla rybaków" - zauważają autorzy publikacji w "Science".
"To pierwsze badania terenowe, które w jednoznaczny sposób wykazały, że zniknięcie wielkich rekinów powoduje kaskadę zjawisk niekorzystnych dla mieszkańców oceanu" - mówi prof. Ellen Pikitch z University of Miami. Jak widać, zachwianie biologicznej równowagi w Atlantyku odbiło się nie tylko na rybach, ale także na sprawcach całego zamieszania, czyli ludziach, którzy coraz rzadziej mają szanse na rozkoszowanie się ostrygami.