Zaczęło się całkiem niewinnie. W lipcu 1518 r. samotna tancerka Frau Troffea zaczęła tańczyć na jednej z ulic Strasburga. W ciągu kilka kolejnych dni dołączyło do niej 30 osób, a po miesiącu wirowało już ok. 400 osób. Choć – jak zauważa Jennifer Wright w książce "Co nas (nie) zabije” – "muzyka w tym czasie nie była aż tak wszechobecna, a okazje do świętowania pojawiały się bardzo rzadko”. W mieście szalała ospa, wprowadzono rekordowe podatki, a i same plony były marne.
Z relacji świadków wynika, że nikt jednak nie czerpał z tańca żadnej radości. Nie mógł też z własnej woli go zakończyć. ("Stopy im krwawiły, aż przez skórę ukazywały się kości”). A jeśli już ktoś zemdlał z wycieńczenia, to po przebudzenia znowu ruszał w pląsy. Koniec końców niektórzy umierali z odwodnienia, albo na skutek infekcji. Znaczna cześć – na atak serca czy np. udar mózgu.
Ciemnica z woskową laleczką
Jakie były przyczyny choreomani? Bo tak oficjalnie nazwano potem tę chorobę.
W XVI wieku wierzono, że Frau Troffea tańczyła jak oszalała, bo w ten sposób chciała coś powiedzieć mężowi, po tym jak ten "kazał jej zrobić coś, na co nie miała ochoty”. Inna z teorii mówiła, że to kara za grzechy (albo danej osoby, albo całego miasta). Czytaj: za myśli o seksie "swobodne, lubieżne i zuchwałe, pełne rozwiązłości, pozbawione zaś lęku i szacunku”. A jeszcze inna, że to zbiorowa histeria, zaburzenie dysocjacyjne.
A że jednocześnie wierzono, że chorobę można leczyć, to stosowano na nią różne środki. I tak np. zalecano trzymanie tańczących w ciemnicy, najlepiej o chlebie i wodzie. Podawanie im opium lub alkoholu. Zawiezienie przed ołtarz św. Wita ("Ksiądz odprawił dla nich mszę, podarowano im mały krzyżyk i czerwone buciki”; stąd też zresztą inna nazwa tej choroby). Zachęcano też chorych do zrobienia podobizn tancerzy z wosku, a następnie "przeniesienie myśli na woskową laleczkę i ciśnięcie jej w ogień".
Dziś przyczyny tanecznej plagi upatruje się dwóch rzeczach. Pierwszą jest… grzyb pleśniowy, który atakuje żyto. Zjedzenie go, powoduje halucynacje i konwulsje. Nierzadko chory ma też wrażenie, że płoną mu kończyny ("To pieczenie nazywane jest niekiedy ogniem św. Antoniego”). Drugą z kolei - wybuch masowej histerii. Taką hipotezę niedawno przedstawił "New York Magazine”. , można przeczytać.
Naukowców jednak takie tłumaczenia nie przekonują; tak, że do dziś choreomania uznawana jest za najbardziej tajemniczą epidemię świata.
Epidemia po raz ósmy
Co ciekawe, takie zachowanie wcale nie było w tamtych czasach wyjątkowe. "Epidemia w roku 1518 nie była nawet pierwszym przypadkiem plagi tanecznej. Od 1017 r. zanotowano siedem podobnych wybuchów w Europie. Taniec Frau Trofei był po prostu pierwszym szeroko odnotowanym przypadkiem, prawdopodobnie dlatego, ze Strasburg dysponował drukarnią”, pisze też Jennifer Wright.
Inne przykłady: W 1247 r. w niemieckim Erfurcie tańczyło ok. 100 dzieci, a w 1278 r. – 200 osób. "Znów bez żadnej radości, na niestabilnym moście, który zwalił się, doprowadzając do śmierci wszystkich tancerzy”, kwituje autorka "Co nas (nie) zabije”.