: Tak. A mówiąc precyzyjniej: na jakiego stać SLD.
Cimoszewicz mógłby wystartować, gdyby miał pewność, że może wygrać.
On nie chce startować dla samego udziału. Nie musi potwierdzać swojej pozycji, przypominać ludziom o sobie. Interesuje go rywalizacja zwycięska. A ponieważ uważa, że przegra z Donaldem
Tuskiem, tym samym nie ma powodu, by uczestniczył w tym wyścigu. Sytuacja zmieniłaby się, gdyby obecny premier zrezygnował z walki o prezydenturę.
Jeśli Tusk nie stanie w szranki, to Cimoszewicz znajdzie się oko w oko z koniecznością poważnej weryfikacji decyzji o nie kandydowaniu. Bo jeśli nie ma Tuska w grze, to przed Cimoszewiczem
otwierają się szanse na wygraną. Byłby, co najmniej niefrasobliwy, gdyby odrzucił taką możliwość.
Nie. Dlatego, że SLD nie może bez końca ustawiać się w pozycji dziada proszalnego. I chodzić po prośbie: może pani wystartuje? To do Jolanty Kwaśniewskiej. A może pan? To do Cimoszewicza.
Poważna partia polityczna musi mieć swojego kandydata. Tu zresztą się z Cimoszewiczem nie zgadzam, kiedy mówi, że SLD może spasować. Kampania prezydencka to również okazja do
zaprezentowania partii. I w tym sensie Sojusz nie mógł tych wyborów przejść bokiem.
Sądzę, że wystartuje, bo inaczej zniszczy swoją karierę. Premier Tusk przypomina człowieka, który stoi zimą na stoku i widzi, że pędzi na niego, rosnąca z każdą chwilą kula śniegowa.
Ta kula to różne kłopoty, ale przede wszystkim deficyt budżetowy i dług publiczny. Nigdy dotąd nie zdarzyło się, by z roku na rok deficyt budżetowy rósł o sto procent, z 27 do 55 mld
złotych, a dług publiczny przekroczył połowę całego PKB, tak jak to jest obecnie. Jeśli do tego dołożymy coraz bardziej napiętą sytuację w samej Platformie, to ten człowiek na stoku ma
dwa wyjścia: albo uciekać w dół przed tą kulą i to bez powodzenia, albo zrobić zręczny unik. To drugie rozwiązanie oznacza skok do pałacu prezydenckiego. 2010 to ostatni rok, w którym to
będzie jeszcze możliwe.
czytaj dalej
To absurd! Polska polityka jest jedną z nielicznych na świecie, gdzie można przedstawić nawet najbardziej niedorzeczny scenariusz i będzie on traktowany poważnie.
W mediach nie ma takiego sojuszu, ale wróćmy do wariantu Tusk prezydentem, a Cimoszewicz premierem. Chciałbym zobaczyć polityków PO, którzy byliby gotowi poprzeć takie rozwiązanie. W
Platformie jest wielu poważnych kandydatów na urząd premiera i każdy z nich jest w stanie zablokować taką księżycową koncepcję.
Szef zwycięskiego w wyborach ugrupowania. Jeśli PO wygra wybory, to przyszłym premierem powinien być przewodniczący Platformy.
Nie, bo siła rażenia obecnych komisji jest inna, niż tej pierwszej. Ale na pewno spowoduje spore spustoszenie.
Tak, oczywiście. Najgorsze dla Tuska jest podejrzenie o przeciek. Zresztą ta afera jest coraz mniej hazardowa, a coraz bardziej przeciekowa. Gdyby potwierdziło się, że informacja o śledztwie
przeniknęła do ludzi objętych działalnością operacyjną CBA od samego premiera albo z jego najściślejszego otoczenia to byłby niesłychany skandal i wypadek bez precedensu. Jak dotąd w tej
sprawie są tylko poszlaki, ale warto pamiętać, że w podobnym przypadku na podstawie poszlak, bez żadnych twardych dowodów sąd skazał na karę więzienia wiceministra MSWiA.
To mało powiedziane. To projekt anachroniczny i niedemokratyczny, który czerpie natchnienie z konstytucji kwietniowej 1935 roku. Jego celem jest wzmocnienie siły państwa w stosunku do obywatela,
likwidacja niezawisłości i niezależności wymiaru sprawiedliwości, usunięcie zasady trójpodziału i kontroli władz. W demokratycznym państwie prawnym to są rzeczy nie do pomyślenia.
Mogę mówić tylko za siebie. Sądzę, że jeśli już zmieniać to w kierunku osłabienia pozycji prezydenta, który powinien być wybierany przez Zgromadzenie Narodowe. Jego funkcja powinna
zostać sprowadzona do czysto ceremonialnej.
czytaj dalej
Niepotrzebnie ubiega się o ten mandat. W każdej talii są asy i walety, a Nałęcz to walet. Asem jest Szmajdziński. Bo to on ma szansę być w drugiej turze.
Jedno i drugie. Lech Kaczyński będzie miał szalone kłopoty ze znalezieniem się w drugiej turze. Dlatego przy dobrej kampanii Szmajdziński ma duże szanse.
To mrzonki. Nie ma już dziś kampanii pozytywnych. Na całym świecie demokracja parlamentarna zamieniła się w demokrację medialną. Nie liczy się program tylko umiejętność sprzedania
własnego towaru w jak najładniejszym opakowaniu i utrącenie konkurentów każdymi metodami.
Przydałoby się. Jeśli już SLD ponosi koszty za tzw. medialną koalicję z PiS, to powinien mieć z tego jakieś korzyści. Ale prawdziwa koalicja z PiS? Nie do zaakceptowania. Chyba, że Prawo i
Sprawiedliwość odrzuci swoje obecne kierownictwo i uchwali nowy program stojący na gruncie III RP.
Wróciłem z innego powodu. Pod kierownictwem Napieralskiego Sojusz przestał być partią koncesjonowaną. W związku z tym próby robienia czegoś poza czy w kontrze do SLD to szkoda ludzi i czasu.
Poza tym układ czterech partii parlamentarnych w państwie to żadna efemeryda.
To nic nowego. Sojusz, ja osobiście też, tak działaliśmy. Katarzyna Piekarska była ulubienicą profesora Geremka. Ja ją ściągnąłem do SLD i do MSWiA. Internowany w stanie wojennym
nieżyjący już Andrzej Bączkowski był moim następcą w Ministerstwie Pracy w rządzie SLD. Andrzej Celiński podobnie. Transfery są czymś zwyczajnym.
czytaj dalej
W tamtych czasach takie słowa, jak reformator, beton coś znaczyły. Dzisiaj, nie znaczą już nic. Nawiasem mówiąc w partiach politycznych za dużo jest plasteliny i rozmemłania, a za mało
betonu. Za dużo buduje się na ruchomych piaskach, a za mało na trwałych fundamentach.
Najwięcej zależy od samego kandydata, ale na pewno Kwaśniewski, ze swoją popularnością, może bardzo pomóc.
To pytanie, na co Kwaśniewski jest gotowy? Czy jeździć po całej Polsce, czy tylko od czasu do czasu pokazać się razem w telewizji? Na całym świecie kandydaci lubią pokazywać się z
politykami, czy celebrytami. Gunter Grass latami pełnił taką rolę dla SPD i wszyscy socjaldemokratyczni kanclerze z jego twarzy korzystali. W kampaniach amerykańskich każdy z kandydatów na
prezydenta ma swoich aktorów, pisarzy, polityków. Szmajdziński będzie miał Kwaśniewskiego.
Dlaczego nie? Kampanie wyborcze stały się rodzajem medialnego show. Politycy, nawet, jeśli tego nie lubią, muszą się z tym pogodzić. Gdy byłem premierem, moja żona ani razu nie zgodziła
się, by choć jedna kamera, jeden dziennikarz wszedł do naszego domu. Bo dom to azyl. Ale kilka lat później z rozbawieniem oglądałem w telewizji premiera Marcinkiewicza, który w domu, w
fartuszku lepił pierogi.
To człowiek, który jest w polityce od wielu lat. Gdyby coś było w jego życiorysie, dawno temu zostałoby wywleczone. Jego przeciwnikom trudno będzie znaleźć na niego haka. Chyba, że go sami
spreparują.
*Leszek Miller, były premier i szef MSWiA, dawniej lider SLD, po rozstaniu z partią wraca na jej łono