A miał być pierwszy, jak to przecież powinno być w dużym mieście. Ludowcy też się nie ograniczają, więc może być wesoło. Bo w te zmagania zaangażowali się nawet liderzy obu - koalicyjnych przecież - partii.
>>> Palikot atakuje PSL, bo boi się klęski
Do Olsztyna poleciał Donald Tusk, gdzie namawiał mieszkańców, by wpuścili trochę świeżego powietrza. Tusk ponoć tak bardzo miał przejąć się przegraną w Olsztynie, że zagroził wszystkim tamtejszym swoim posłom bardzo surowymi karami. W przypadku ostatecznej przegranej żaden z nich nie znajdzie się na liście wyborczej w następnych wyborach parlamentarnych. Tak przynajmniej głosi pogłoska z kuluarów Sejmu. Powtarzana przez poważnych polityków, więc całkiem prawdopodobna.
Z drugiej strony bardzo aktywny jest szef klubu parlamentarnego PSL Stanisław Żelichowski (co akurat nie jest dziwne, bo to jego województwo). Wypomina też ludowcowi, że jest przefarbowanym postkomunistą, który na dodatek długo współpracował z odwołanym prezydentem Małkowskim.
Tego właśnie chwycił się Janusz Palikot. Nazywa ludowca "arbuzem" - że niby zielony z wierzchu, a czerwony w środku. Palikot osobiście też jeździł do Olsztyna. Przemawiał, namawiał, walczył. Z tym samym gniewnym temperamentem.
Jest tylko pytanie: po co? Największy elektorat do pozyskania w Olsztynie to wyborcy trzeciego PiS-owskiego kandydata. Wiadomo, jaki stosunek mają wyborcy PiS do polityka z Biłgoraja. Być może gdyby Platforma przysłała do Olsztyna Jarosława Gowina, to wtedy jakaś część elektoratu PiS-owskiego przerzuciłaby swoje głosy na kandydata PO. Ale nie. Znów więc trzeba przypomnieć słowa szwedzkiego kanclerza Oxenstierny o tym, jak małą mądrością jest rządzony ten świat.