O ile deklaracja premiera dotycząca IPN naruszyła standardy dobrej polityki, to idące w ślad za nią oświadczenia marszałka Sejmu są tych standardów katastrofą. Zresztą, do tego mogliśmy się przyzwyczaić: . Znane skutki takiego porządku dziobania nie są jedynym powodem, dla którego szef rządu winien bardziej ważyć słowa.
W przypadku Tuska naruszenie standardów polega głównie na tym, że jego niejasne uwagi o "szansach przetrwania" IPN oraz o tym, iż instytut "może nie móc w
przyszłości używać środków publicznych” - zostały odebrane jako groźby mające wymusić uległość. Trzeba tedy zapytać, Wyobraźmy sobie, że prokurator przedkłada niesprawiedliwe zdaniem premiera oskarżenie. Albo urzędnik skarbowy nakłada irytująco dlań
niesłuszny podatek. I co? Czy premier powie, że "skarbówka ma szanse przetrwać tylko wtedy, gdy… etc”? A "prokuratura może w przyszłości nie móc używać
środków publicznych, jeśli… etc”? Te bowiem wprowadzają do polityki nieufność, podejrzliwość, milczącą i zaciętą wrogość. I
zamiast coś budować, żywią tylko kornika drążącego instytucje państwa.
Jest gorzej, gdy idzie o marszałka. Ten ośmielony premierowskimi sugestiami od razu zabiera się za konkrety. "Nie za wiele mogę" - tłumaczy się Komorowski przed żądnym
IPN-owskiej krwi dziennikarzem państwowej TVP. Ale coś mogę. Korzystając z władzy marszałka, zadbam o to aby fundusze na badania historyczne kierowane były do innych niż IPN instytucji
badawczych i innych uczonych. Oni będą pisać bardziej słuszne książki historyczne.
Mniejsza o to, że inicjatywa marszałka ma luźny związek ze sprawą nowej książki o Lechu Wałęsie. Ale rzecz nie jest do śmiechu. Poważne pytanie dotyczy rozumienia nowoczesnego
państwa. Brzmi ono: jaki wpływ może wywierać władza na wyniki badań historycznych? Nie! Nie jestem liberalnym pięknoduchem, który odpowiedziałby natychmiast: absolutnie żaden! Raczej
skłonny jestem sądzić, że pośrednio może, ale wedle cywilizowanych zasad i procedur. Po pierwsze - reformując instytucje akademickie, mające nędzne rezultaty intelektualne (na tym polu
państwo jest od dawna bierne). Po wtóre - rozpisując jawne konkursy grantów na opracowanie wskazanych tematów. Po trzecie - zgodziłbym się nawet na to - zamawiając wprost opracowanie dzieł
potrzebnych państwu, na przykład dla jego polityki historycznej. Ale to zupełnie co innego, niźli
I jeszcze jedno. Nie ma potrzeby, aby najwyższe władze państwa uprawiały politykę lizusostwa wobec Lecha Wałęsy. W polskiej historii postać Wałęsy obroni się sama, także, a może tym
bardziej, w krzyżowym ogniu badań i śledztw. Zaś sam Lech Wałęsa jako osoba publiczna ma - rzec by się chciało - swoją specyfikę. W ciągu jednego dnia pod wpływem wielkopostnych
rekolekcji wybaczył bliźnim, przyjął na powrót liczne przyznane mu nagrody i wrócił z emigracji. Zapewne zresztą tylko na jakiś czas. I My pomrzemy, a ten spór i tak trwać będzie dalej.